czwartek, 8 czerwca 2017

Za Polskę!-One Shot PzM #5










Także ten gif idealnie odwzorowuje to jak bardzo sadystowska jestem

Witam wszystkich bardzo serdecznie otóż znów wstąpiłam do świata żywych toteż muszę to jakoś wykorzystać.Nie lubię rysować siebie,ani zbytnio mówić o sobie,ale teraz doszłam do wniosku,że rysowanie jest dobrą formą bycia jako tako kreatywnym-a przynajmniej można oderwać się na chwilę od klawiatury.😅
Ahh...sama nie wiem jak to się stało,że aż tak się zaniedbywuje pod wyglądam pisania,no cóż nic nie poradzę -życie i problemy (?) tak mam to nazwać? 😔?

Jednakże zanim zacznę opowieść- dzieci błogosławionego i wszeschwiedzącego internetu,zabłąkane owieczki fanfiction'ów proszę jeszcze o minutkę uwagi-chcę coś oznajmić.Pisanie tego było nie małą "katorgą"! (huh,te porównanie było tak trafne...oni bedą bardziej cierpieć)
Pomysł był,ale myśli tak rozlazłe... uciekały mi tysiące razy,aż pamiętam jak zaczęłam pisać to jakieś 3/4 miesiące temu i nadal nie jestem przekonana czy tyle czasu było wystarczające by dobrze to zrobić. *Ugh*
Długi tasiemiec,troszkę wyszedł.Chyba za długo ich tam katowałam ;/
A przynajmniej mi się tak wydaje bo bardzo dłużyło mi się to pisanie...Wszystkie błędy pojawiły się  przypadkiem gdyż ostatnio kładę się spać o nieludzkich porach i powoli mnie to dobija.
Proszę o wybaczenie i wyrozumiałości bo trochę mi potrzebna.😫 Dziękuję.

Dobrze a teraz daje wodze mej chorej wyobraźni. [^J^ Noh,noh,noh,noh...]
Błagam tylko nie miejcie po tym jakiś koszmarów.Nie chcę mieć nikogo z urazą na koncie!
To może lepiej ostrzeganę... Wszyscy którzy nie chcą krwi i cierpienia proszeni są o opuszczenie rozdziału.(i tak nie posłuchacie,ja jak o coś mnie proszą to prawie zawsze robię odwrotnie i specjalnie czytam xD ) Dziękuję.

[rysunki są stare jak świat,mają z dwa miesiące i przez ten czas już styl mi się bardzo zmienił xD nie przestraszcie się]


*†*‡*†*



17 Lipiec 1944,
godz. 16:38
MAJDANEK,LUBLIN,GENERLNE GUBERNATORSTWO,(dawna Rzeczpospolita)

Wiatr zaszumiał surowym chłodem. Wszystko było w bladych,czarno-białych odcieniach.Wszystko już dawno straciło swój urok,oni tylko czekali na śmierć. Wielu z nich było naprawdę w młodym wieku,mogli jeszcze tyle przeżyć.
Metaliczna woń krwi,dotykała rozbudzonych płuc więźniów w pasiastych ubraniach.
Na żadnej z twarzy nie dało się odszukać szczęścia,czy choć cienia uśmiechu,bo i jak?
Do nieszczęśliwych nie można było zaliczać jedynie strażników.Zdawali wrażenie bycia usatysfakcjonowym tym na co mają w zwyczaju widzieć na porządku dziennym.
Dla niektórych nieszczęśników ból był tyko małą błahostką,bardziej boli ich ,kiedy widzą jak nieczuli żołnierze odbierają innym życie,a oni są na to kompletnie bezradni. Co z tego,że wielu nie znali.Czuli się jak jedna, duża rodzina,która musi przejść przez okrutny okres i musi się wspierać mimo wszystko.Poniektórzy widzieli się pierwszy raz w życiu,nigdy ze sobą nie rozmawiali ale i tak posyłali sobie pełne współczucia,żalu i otuchy spojrzenia.
Dla wielu było to czymś podobnym do kofeiny-coś co dawało im energię i wiarę. Coś dzięki czemu jeszcze żyli.


Kapitan zamknął łzawiące,zielone oczy.
Sam nie wiedział,czy to przez to że drobinki kurzu wpadły mu do oczu,czy to przez wiatr który wiał centralnie na niego,a może przez ból który wykańczał go coraz bardziej.
Zamrugał kilka razy,by oczy w końcu zaczęły normalnie funkcjonować.Wszystko widział jak przez gęstą mgłę,wszystko się rozmazywało,trudno mu było złapać ostrość.
Lecz to nie był jego jedyny trapiący go problem.
Coraz trudniej było mu złapać oddech.Od zawsze miał problemy z płucami-nie miał ich zbyt pojemnych.
Co jakiś czas uderzała w niego fala dziwnnego,wewnętrznego ciepła,a potem znów pluł słodką krwią.

Nie chciał uwierzyć,że kilka solidnych kopniaków twardą podeszwą było wstanie doprowadzić go do takiego stanu.Nigdy nie był słaby fizycznie,zawsze udawało mu się przyjmować daną dawkę bólu,lecz teraz coś działo się z nim naprawdę nieciekawego.
Doskonale pamiętał ćwiczenia,które kazano przeprowadzać na młodych żołnierzach,by uodpornić ich na ból wszelkiego rodzaju.
Po przez zwyczajne kopanie,rzucanie,szturchanie po naprawdę poważne,zakażone rany.
I on był do tego zmuszany.

Również obrywał w brzuch ciężkimi butami,ale zazwyczaj kończyło się to tylko na wymiotach- tych naturalnych.
Bo nikt naturalnie nie wymiotuje krwią i on zdawał sobie z tego doskonale sprawę.

"Uodpornić na ból..."-czy aby na pewno?

Właśnie uświadomił sobie niemiły fakt.
Czy jeżeli rani się osobę w przeszłości to czy ślady po tym nie zostają na starsze czasy?Jak blizna?
Już chyba wiedział dlaczego jego organizm tak reagował.
Same ćwiczenia odbywały się stosunkowo nie dawno,ale były niezwykle bolesne.
Czy jego ciało po prostu było zmęczone na tyle wcześniej,by po otrzymaniu jeszcze większej dawki kopniaków nie dawało już rady?

Potwierdzał to fakt,że po nie przespanych kompletnie nocach zdarzało mu się wymiotować,ale brał to za zwykły niedobór snu i miał gdzieś wszystkie inne możliwości.
Albo słyszał od swojego żołnierza:
"Szefie...pana nos...leci panu krew..."
Do tego też podchodził sporadycznie i obojętnie.
Wycierał nos w chusteczkę,odpowiadał Szeregowemu,że wszytko z nim w porządku i tak kończyło się jego dbanie o zdrowie.

Teraz zrozumiał swój błąd.
Jego ciało było bardzo wykończone o wiele wcześniej.
Te uderzenia były tylko czymś co dociągnęło jego stan do krwistej,krytycznej kreski z której trudno mu będzie się wydostać.
Żałował,że nie reagował wcześniej.
Gdyby nie zaniedbywał siebie wcześniej teraz wyglądałoby to inaczej.
Wszystkie objawy wykończenia było widać na wyciągnięcie ręki; podkrążone oczy,rozczochrane,żywiołowe włosy,blada twarz,krew z nosa,wymioty...
On nie brał tego za grubszą,istotną rzecz.
Po prostu pracował dalej.Wojsko stawiał ponad swoje zdrowie,co wielokrotnie udowadniał.
Teraz nie był to dobry wybór jak na samym początku,mu się wydawało.

Ale czy teraz...Teraz jest w stanie cokolwiek z tym zrobić?
Nie zadawał sobie tego pytania,bo i po co? Musiał po prostu pracować nie zważając na nic.


-Kowalski...-syknął do naukowca,który opadł na kolana,bez tchu.
Twarz chłopak była nadwyraz zmęczona.
-Wstawaj do cholery...-dopowiedział cicho widząc,że strażnicy właśnie nadchodzą i nie są zadowoleni z postępowań mężczyzn.
Strateg gdy tylko to zobaczył posłusznie wstał na równe nogi i zaczął pchać wagon jeszcze raz. Chwiał się na nogach i nienaturalnie oddychał.
Mężczyzna czuł jakby całą energię jaką miał,Niemcy wyssali z niego ich morderczymi spojrzeniami.
Naziści nieśli im pogardę na każdym kroku.Bardzo źle się z tym czuł.

Wytykali narodowość,obrażali,gnębili,kopali...jest wiele czasowników które mogłyby określić jak bardzo cierpili.
Oczywiście wszystko w niemieckim języku,którego z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzili.

Kowalski myślał,że zaraz padnie nieprzytomny. Plecy były całe w rysach,tak jakby kot przejechał mu ostrymi  pazurami po grzebiecie.
Piekły,szczypały,pulsowały.
Krew z ran obrudziła mu tylną część koszuli.
Przyjechał ręką po brudnej już twarzy i ciężko westchnął.

"Dlaczego ich zabrali?".

Znowu.Znowu to pytanie nie mogło zostać rozwiązane sensowną odpowiedzią.
Przecież bazę mieli bardzo dobrze ukrytą,dobrą komunikację z innymi oddziałami,broń,w miare doświadczonych żołnierzy.
Czemu to wszystko nawaliło w najbardziej nieodpowiednim momencie?

Pomimo tego,że żołnierz był niezwykle inteligentnym wojskowym,to żadne matematycznie równanie,pierwiastki czy naukowy bełkot nie stety w tej sprawie był bezradny,aby wytłumaczyć czemu to wszystko się dzieje.

Czasem zadawał sobie naprawdę poważne pytanie: "Kiedy ludzkości odp*erdoliło?"
Ten wulgaryzm był chyba odpowiedni,by określić głupotę ludzką którą pielęgnowali przez te wszystkie stulecia.
Czy te wojny były tego wszystkiego warte?
Tylu strat?


Zastępca szefa posłał dawnemu przełożonemu szczere i bolesne spojrzenie.
On wymiotował krwią.Dłoń miał przy buzi-ciecz przeciekała mu przez palce jak piasek.Skapywała na suchą ziemie i zostawiała na niej sporej jej ilości.

Chłopak nie był medykiem,fakt.Lecz raczył interesować się biologią i niektóre przypadki mógłby zdiagnozować.
Jeżeli tylko się przyłożył był w stanie mu choć trochę pomóc,lecz nie miał jak,gdzie i z czym.
Wiedział,że nachalne wymioty krwią muszą być powiązane z czymś naprawdę poważnym.
Wiedział też,że bezwzględu na rodzaj wymiotowań,ich skutki,przyczyny czy sytuację w której znajdowała się poszkodowana osoba-żadnych nie można ignorować od tak,każdy powstaje z jakiegoś powodu.

Wyższy bez słowa podał mu dłoń pomocy.
Kapitan odchylił trochę ręke od twarzy,nie rozumiejąc zbytnio co ma na myśli jego drogi przyjaciel.Krew ściekała z jego ust jak wodospad chlapiąc wszystko do okoła.Ręce były całe czerwone,a szyja również nie wyglądała za przyjemnie.
Posłał mu cierpki uśmiech sugerujący "Jest okay!Okay...okay...".
Nie sądził tak.Czuł się fatalnie.Znów to dziwne wewnętrzne ciepło.Nie mógł się w żaden sposób opanować.Znów odruchy wymiotne na które nie miał rady.Krew.Dużo krwi.Czuł jakby ktoś dosłownie wyrywał mu wnętrzności.Ogromny ból opanował jego brzuch,a potem klatkę piersiową.Z trudem złapał oddech.Coś "łupało" mu w głowie,czuł jakby miał zemleć,a przed oczyma widział ciemne plamki,które utrudniały mu widoczność. Jego psychika również nie dawała o sobie zapomnieć-czuł presję narzuconą źle wykonanym obowiązkiem-obwiniał siebie za całe to zamieszanie i fatalnie to znosił.

Wewnętrzne uszkodzenie-teraz Kowalski był tego niemal pewny.
-Sir!Szef pilnie potrzebuje lekarza!To musi być poważna rana,nie można tak tego bagatelizować!-szepnął ze szczerością i troską.
Dowódca pokiwał lekko głową na znak protestu.Złapał się pospiesznie poręczy wagonu z kamieniami i zaczął pchać,lecz niesamowicie ciężko mu to szło,a powszechnie wiadomo,że ranni mają mniejsze pole do popisu co Skipper wcale nie pochwalał. Czego nie dotknął było pełne płynnego szkarłatu.

Strateg bez zbędnego komętarza przyłączył się do syzyfowej pracy.Przełożony próbował jak zwykle uformować wyraz twarzy w obojętny i kamienny,ale i to poszło nie po jego myśli.Zrobił zgorzkniałom minę,lecz jak zwykle uważając przy tym na "kapryśne humorki" straży pożądku.
Kowalski trapił swój umysł rozszyfrowaniem zachowania dowódcy. Wiedział,że bardzo cierpi,lecz jednocześnie próbował to przed nim ukrywać,choć on wiedział o tym doskonale. Robił to dlatego by jego poddany nie martwił się o jego zdrowie? Lecz im dłużej próbował to hamować,tym bardziej wykańczał swój organizm,tym samym dając do zrozumienia strategowi,że coś złego się dzieje i bardziej się martwił-co dawało kompletnie odwrotne skutki do których dążył lider.
Kowalski nie był pewien czy miał się śmiać czy płakać. Podziwiać go czy jednak dać do zrozumienia,że postępuje niewłaściwie. W wielu kwestiach miał podobne dylematy,co wynikało z zagadkowości i nieobliczalności kapitana.
Chłopak chciał widzieć co siedzi w umyśle przełożonego,lecz i to było jedną wielką zagadką na którą nawet on nie znał odpowiedzi.

Lider poprostu milczał zaciskając zakrwawioną wargę z gniewu.
Tylko jeden naród był temu wszystkiemu winien,a przynajmniej on tak uważał.Nienawidził Niemców.Jak on ich nienawidził...


Kapitan przyglądał się obozowi z skrytym zaciekawieniem.Wszystko działo się w pewnej określonej rutynie. Dłużej przebywający więźniowie wiedzieli dokładnie co trzeba robić,jak się zachowywać.Nowi tylko przyglądali się temu próbując ich naśladować i nie okazywać swojej inności.
Lider doszedł do pewnego wniosku:
"Może lepiej nie odstawać od reszty?"- przez wydarzenia które miały miejsce kilka godzin temu jego tok rozumowania trochę się zmienił,lecz charakter wciąż tkwił w tej samej formie.
Jego "protest" nie miał zamiaru pokazać swoją wyższość nad narodem niemieckim.W żadnym wypadku.Chciał po prostu zachować się godnie,tak jak zawsze go uczono.
Teraz miał co do tego dręczące go wątpliwości.

"A czy nie powinien ucierpieć cały squad? W końcu obóz koncentracyjny to odpowiedzialność zbiorowa..."-wielu rzeczy nie był wstanie teraz zrozumieć,nawet jakby bardzo chciał.Chociaż był rad z tego,że nie narażał wszytkich jego ludzi,którzy i tak wystarczająco byli męczeni.

Sama myśl,że mógł nie dożyć jutra przepełniała go nie miłym uczuciem grozy.Jeżeli przeskrobie coś jeszcze będzie się liczyć z poważnymi konsekwencjami-może nawet bardziej niebezpiecznymi. Czego chciał jak najbardziej uniknąć.

Szare światło padało na jego niezwykle bladą twarz. Wiatr rozwiewał jego włosy na wszystkie strony nie raz wpadając mu w oczy.Oddychał ciężko,ale z dużą ilością powietrza,tak jakby wynużył się właśnie z wody i musiał odetchnąć.
Czuł że niekiedy jego nogi strasznie słabły i miał ochotę usunąć się zaraz na ziemie bez tchu.
Dostawał drgawek i zalewał się potem. Było mu okropnie zimno,choć czoło było ciepłe,a twarz wypełniona była czerwonymi rumieńcami.
Często kaszlał i krztusił się z niewidomych powodów,a niekiedy aż dusił się własną krwią która z dużą falą napływała mu do przełyku najczęściej powodując poważne okrztuszania z czerwoną cieczą.
W oczach miał łzy,lecz było to bardziej spowodowane nagłym kaszlem i wiatrem niż bólem.
Gardło było niezaprzeczalnie podrażnione,lecz tym przejmował się najmniej.Zawsze gdy sądził,że zaraz wszytko będzie miał gdzieś,załamie swoją silną siłę woli i walki,padnie na kolana i zacznie łkać przez niewyobrażalny ból-lecz nawskur coś wtedy dawało mu siłę by walczyć i ostatecznie nigdy nie kończył w taki sposób.
Zaciskał wargi i oczy jakby tak chciał wyrazić swój smutek i wściekłość-nie łzami. Za nic w świecie nie chciał pokazywać Niemcom swojej słabości.
Nie widział czy postępował dobrze,ale jak powszechnie wiadomo jak jego mózg sobie coś wmówi to trudno mu później wybić pewne rzeczy z głowy.
Mógłby przyjąć każdą torturę byle nie mieć na koncie haniebnych poczynań czy mało honorowych zachowań. A może właśnie to był ten błąd który doprowadził go do tego krytycznego stanu...?

Każde mocniejsze prace mięśni brzucha prowadziły do mdłości,paraliżującego bólu i wymiotów. Niekiedy myślał,że nie wytrzyma i jego krwotok będzie na tyle poważy,że nie będzie wstanie nawet normalnie oddychać.
Lecz zawsze w tych krytycznych momentach wyciszał się do swoich możliwości i pchał dalej,lecz katowanie nabierało tępa i znów był bliski opuszczenia kryzysu- w złym znaczeniu tego słowa.
Ciążyła na nim ogromna presja naniesiona faktem,że nie rozważył opcji takiego zagrania ze strony złowrogich wojsk. Dobijała go myśl,że zostawił swojemu jedynemu żołnierzowi do dyspozycji wszystkie obowiązki,a również fakt,że to na nim ciąży obowiązek wyratowania bezbronnych istot z czeluści Niemieckiej. Bardzo niepokoił się widząc swoich ludzi którzy z wycieńczeniem stawiali kolejne kroki.

Wymioty przekraczały wszelkie ustalone normy.Wyczyścił swój organizm z wszelakich dóbr mineralnych,a do tego opróżnił ciało już z jednej trzeciej ilości krwi,którą miał.
Nie zdawał sobie sprawy jak poważnie ranny był. Nikt nie zdawał.

Kowalski zaczerpnął chłodnego powietrza do płuc czując duszności. Ręce zaczęły mu drętwieć z zimna,niedoboru i ciężkiej pracy. Czuł,że chłód zaczyna trząść całym jego ciałem i wypełnia go po same koniuszki palców. Koszula była bardzo przewiewna,a że temperatura zaczęła zniżać się do minusowej,to było to bardzo ryzykownym postąpieniem- zakładanie tak nieodpowiedniej odzieży.

Lecz tutaj nikt nie zwracał uwagi na wygląd,wygodę czy upodobania.Może poza Niemcami-jeżeli byłeś blondynem,o niebieskich oczach i przyjmowałeś normy wzrostu i postury to traktowany byłeś o ciupinke lepiej,lecz to też zależało od kaprysu strażników ich dobrych i złych dni jak i charakterów.
A,że dziewiedziesiąt dziewięć procent więźniów nie miało takich wymienionch cechy to nie było mowy o odpuszczeniu zwykłym robotnikom.

Myśli naukowca zajęte były intensywnym rozmyślaniem nad znalezieniem jego oddziału przy wrotach bunkru.
Co się takiego zdarzyło,że żołnierze zostali ściągnięcii akurat w owe miejsce? Czy ktoś na nich naniósł?Zwabił? Zdradził? Pozwał?

Normalnie zabijano by chorych,rannych i buntowniczych ale najwyraźniej jeszcze żyli tylko dlatego,że byli im do czegoś konkretnego potrzebni.
Nie pytali o imiona,nazwiska,ani konkretne cechy czy rodzine.
I tak przeskrobali na tyle dużo,że od razu dostali by kulką w czoło,lecz Niemcy musieli się z jakiegoś powodu powstrzymywać.
Nie spisywali dan,nie robili zdjęć,nie pytali. Co było jeszcze bardziej dziwne,bo były to rzeczy tak oczywiste.

Jego umysł wypełnił się dużą goryczą,smutkiem i przerażeniem gdy pomyślał o swoim przełożonym.
Wiedział,że jeżeli okaże się,że nie będzie -przez rany- zdatny do pracy to zabiją go od razu -bez wahania.
Zauważył kilku wojskowych gadających o czymś intensywnie i wpatrując się w jakieś kartki spoglądając to na więźniów to na dokumenty z śmiertelną powagą.
Przeszedł przez niego dreszcz przerażenia gdy Niemka spojrzała prosto w jego oczy.
Zbladł czując,że krew z głowy zaczyna mu odwpływać,a świadomość szwankować. Złapał za poręcz i z presją pchnął do przodu. Bał się.

Zdziwiony był tym,że jeden wagon był przeznaczony jedynie na męczenie dwóch osób.Liczyłby bynajmniej na piątkę,bo wagon ważył trzy razy tyle co oni sami razem wzięci.
Perzełknął nerwowo ślinę.Ile tu wytrzymają?

-... To trza było pamiętać o tym wcześniej!-Słychać było wrzask Niemki którą poprzednio widział na placu jak bezkarnie katowała jego przywódcę. Przytupnęła z pogardą nogą.
-Ale przywieziono trzy razy więcej ludzi niż planowano,nie zdążono jeszcze wszystkich zliczyć i powypisywać! Zresztą nawet wielu nieznamy tożsamości! I to na wszystkich bramach to się powtarza!-tłumaczył się inny wojskowy naturalnym tonem.
-Kretyni!-krzyknęła zaciskając pięści i przygotowująca się do uderzenia.-Zostawiliście tych na których najbardziej nam zależało ,idioci! Jak mogliście nie zrobić tak prostej rzeczy! To jest oczywistość,że najpierw spisujesz,a potem wpuszczasz!
-Lecz...
-Zamilczcie! Przeprowadzić mi wszystkich od 17422 do 17450 włącznie! Przynajmniej udało nam się nadać numery,wy bezużyteczne dekle od włazów!-warknęła gorączkowo patrząc na papiery.
-I macie do cholery dowiedzieć do czego lub kogo on wrzeszczał! To może być kluczowe!-dodała z zdenerwowaniem.

Mężczyzna o wysokim wzroście przyznać musiał,że całe jego ciało wypełnone było głębokim niepokojem. Szamotały nim pesymistyczne myśli.
Czyli jednak zwrócili uwagę na krzyki które oddał lider...

Niepokoił się również,wiedząc,że te informacje będą chcieli od nich wyciągnąć siłą,a doświadczając życie-Skipper będzie temu całym sobą przeciw i będzie robić wszystko byle nikt się niczego konkretnego nie dowiedział. Co było typowym dla niego zachowaniem,on od zawsze tak miał.
On również nie zamierzał nic mówić.
Eryk był jedyną deską ratunku,a jeżeli wszystko się wyda,to cały plan będzie zrujnowany.

Jego szare komórki zajęły się również pytaniem:
-"Skoro znali Polski to czemu nie przetłumaczyli po prostu słów które słyszeli?Albo od razu nie wyciągnęli od Skipper'a w czym rzecz?"-zdawał sobie kolejne tematy na rozmyślania. W głowie miał umowne rozwiązanie. Znali podstawowe zwroty,znali biegle,lub rozpoznali niektóre słowa,lecz nic sobie z nich nie zrobili.
Zostaje jeszcze pytanie co z faktem,że Szeregowy został w bazie z informacjami które zdążył wykrzyczeć mu kapitan? Czy chłopak wszystko zrozumiał i w panice będzie w stanie te dane wykorzystać?
I czy rzeczywiście nie wiedzieli ile żołnierzy mieli uwięzić,choć czekali na nich na zewnątrz od samego początku?
Czy Niemcy już posłali tam żołnierzy?Czy już dotarli?

Kłopotał by się jeszcze dłużej ale jakby na zwołanie coś musiało mu w tym przeszkodzić.
Strażnicy rozproszyli się po całym terenie obozu jeszcze bardziej go kłopocząc.
Trudno mu było powiedzieć,że w tej chwili wszystko było w jak największym porządku. Jego intuicja podpowiadała mu,że bez powodu nie robiliby takich manewrów.

Poczuł nagłe ściskanie kołnierza piżamy na swojej szyji.Przestraszył się i wcale tego nie krył.
Ktoś ciągnął go za kołnierz,który z wolna zaczął go dusić i poważnie drażnić jego migdałki aż do oczu napłynęły słone łzy.
Gwałtownie kaszlał i nie wiedział co się dzieje,bo osoba stała do niego tyłem i ciągnęła jego zdezoriętowaną osobę w nieznane mu miejsce.
Trudno mu było utrzymać równowagę,bo bieg w tył nie był za dobrym pomysłem tym bardziej,że nie oriętował się w sytuacji,więc szedł tylko tam gdzie ciągnęła go tajemnicza osoba.
Ruchy strażnika były gwałtowne i zdecydowane toteż doskonale znał cel ich wędrówki.Lecz Kowalski- wręcz przeciwnie bardzo się niepokoił,bo już wcześniej wiedział,że coś konkretnego będą od nich chcieli wyciągnąć.
Przeszli w taki sposób dłuższy kawałek obozu,przekraczając siadki kolczaste,mury,budynki gospodarcze...
Po prostu szedł tak z zaciśniętym gardłem,nie orientując się kompletnie w plenerze.
Czuł jak ciemne,błogie plamki okryły światopogląd widzony przez jego oczy gdy strażnik szarpnął jego kołnierz bardzo gwałtownie,że aż więzień zaczął dyszeć z bólu.
Nie wiedział,gdzie nazista go prowadził,był za bardzo rozkojarzony by potwierdzać fakty i szukać przyczyn.

Przeszli przez wysoką, kolczastą siadkę.
Chyba zdawał już sobie sprawę co się działo.
Miał na sumieniu kilka nie zaoptymistycznych myśli i czuł się z tym faktem średnio usatysfakcjonowany.

Znów jego oczy ogarnęła fala czarnych plamek gdy jego kołnierz zacisnąć się przy skroni. Czuł jak jego świadomość oniemiała z wrażenia siłą strażnika. Ściągnął go na twardą i zimną ziemię,że aż wywrócił się i zaczął kaszleć łapiąc kołnierz koszuli tak aby nie pogłębiał ran na szyji.
Odchrząknął resztką śliny i pośpiesznie wstał z ziemi choć nie miał na to zbytniej ochoty.
Na nic nie miał siły ni ochoty, lecz niemieckie podmioty zagłady skutecznie robiły na wskur tego czego nie chciał, czerpiąc z tego niemiłą satysfakcję.
Wstając nie otrzepywał okruchów pyłu z fałd koszuli,nie obchodziło go to jak wyglądał.

Przejmował się tylko zdrowiem i życiem -wygląd był mu w tym momencie kompletnie neutralny.
Cierpienie przyjaciół było jednym z tych czynników które czyniły z niego pełnego czułości chłopaka;lecz na codzień jego osoba biła pogardą i smutnym,niezrozumiałym dla wielu chłodem.

Sam siebie nie rozumiał,a jednocześnie bardzo doceniał swoje możliwości; uważał się za bystrą bestyjkę która umie niezwykle wiele.
Teraz miewania o swoim istnieniu były trochę różnorodne; przez zdania pochwał przedzierały się i takie które mówiły,że jednak jego geniusz nie jest taki błyskotliwy.
Wszystko co działo się tego przeklętego dla niego dnia zostwiały nie zmazywalną skaze na jego sumieniu i "nieskazitelnie lśniącym geniuszu". Dlaczego tak jest? On również przypinał sobie całe to nieszczęście do swojej karty czasowników które zrobił definitywnie niewłaściwie. Mógł zapodać jakąś "mądrość ludową" zanim jego lider postanowił działać na własną rękę;która teraz ubrudzona krwią była totalnie bezradna- w przenośni jak i na powagę tej wypowiedzi.
Czuł cierpki i niewygodny dla niego smutek całym tym zamieszaniem.

Jego umysł podpowiadał mu jak postępować właściwie,lecz teraz wbrew niemu-mówił mu tylko co robił źle,więc z premedytacją dopisywał do listy jego tamtejszych uczuć słowo dyskomfort i żal,dużymi drukowanymi literami.Które wyraziły cały jego nastrój owego dnia.

Tylko smutek,żal i bezradność czepiało się jego karku cały pobyt w tym piekle dla niegodziwców.

A były to przecież tak długie, niewyobrażalnie piekielne doby...

Kapitan dawnego oddziału polskich żołnierzy niewinnie tkwił w nadwyraz podobnym wewnętrznym jak i umysłowym dylemacie.
Potrzebował a może nawet pragnął chwili spokoju na przemyśleniu tego co właśnie miało nastąpić- a nastąpić miał prawdziwy koszmar przerywany wrzaskami wyciągniętymi prosto z czeluści piekieł.
On nie był gotowy na to co miało zostać zapisane w księdze życia- a miało być to coś co gwałtownie nim wstrząśnie.
Wspominając tylko o tej dwójce-historia dużo na tym traci; opisanie uczuć wszystkich "nieudaczników" w jednej części jest rzeczą wręcz niemożliwą.  Lecz pokuszę się jednym stwierdzeniem; Czuli  się fatalnie.
Bez wyjątku,każdy był na psychicznym "wymarciu".Lecz postanowiłam skupić główną uwagę tylko ma tej dwójce,która znacznie przyczynii się do tego zamieszania.

Wszystko przytłaczało stratega na tyle dużo,żeby nie wiedzieć co o tym wszystkim myśleć i nic nie móc konkretnego wymyślić.
Lecz może przejdźmy do konkretów przybycia na plac.

Słyszał uderzenia ciężkich butów z wszystkich stron z których mógł tylko je usłyszeć; każde uderzenia nasilało,się co dawało chłopakowi pewność,że owe dźwięki kierują się w jego stronę.
Nagle uderzenia ucichły,tak jakby burza z chwili na chwilę złapała swoje pioruny i trzymała wszystkich w niepewności,czy kontynuować będzie koncert głośnych huków.
Jego kręgosłup trochę zdrętwiał czując na sobie zdyszany oddech swojego dowódcy który łapczywie próbował napełnić płuca lodowatym powietrzem.
Usłyszał cichy,lecz pełen bólu i pragnienia jęk tuż przy jego uchu. Jego lider został wepchnięty na plac z identyczną siłą co on.

Raczył zauważyć,że sam na placu nie przebywa;ból będzie dzielony w "kółku wspólnej adoracji",w mniejszej lub większej-nie zawsze sprawiedliwej- podziałce. Jeden dostanie mniej cierpienia drugi zaś z błogą łagodności przejmie spadek swojego poprzednika. Dlaczego z błogą łagodnością i czemuż spadek poprzednika? Nie trzeba tłumaczyć-wystarczy wiedzieć,że wszyscy umrą w tym czyśćcu na którego większość nawet nie zasłużyła.

Mężczyzna przekonany był,że każdy opryskliwy i bezduszny strażnik bez Bożego zastanowienia przekroczy bramę szatana po ukończeniu swojego nędznego życia.
Był pełen radości widząc oczami wyobraźni jak rolę się zamieniają i to wszyscy którzy cierpieli będą nękać swoich "władców za czasu czyśćca"-i on również był w tej sporej grupie ludzi.
Teraz musiał tkwić w okrutnej rzeczywistości,dla której żadna istota nie ma przepustki do błogiego,bezproblemowego życia.

Jego ramię poczuło gwałtowny wstrząs uderzenia. Te uczucie ogarnęło całą przednią część ciała.
Poczuł to dlatego,że z dużą siłą coś uderzyło go w jego bark.Byli to jego dobrzy koledzy z drużyny,którzy z brutalną siłą zostali wepchnięci na plac tak jak on.

Wysłuchiwał się w krztuszenia i jęki goryczy które przedostawały się do jego głowy,uparcie blokując logiczne,czyste myślenie.

Znów poczuł jak coś łapie jego koszulę i ciągnie w niewiadomą stronę. Na szczęście męczyć się długo nie musiał bo po chwili już stał sztywno w szeregu znów nie mogąc nadziwić zmysłów,które pulsowały nie wiedząwszy o żadnej z zaistniałych sytuacji.
Strażnicy nakazali(poprawnie: zmusili) więźniów do surowej ciszy i stania w długiej ciągłej lini. Każdego z żołnierzy przeszła fala dyskomfortu i stłumionego gniewu,gdy na plac dostojnym krokiem,wkroczyła Niemka z wyższością się im przeglądając.
Skipper widząc kobietę nieświadomie,lekko się skulił tak jakby jego organizm na widok dziewczyny gwałtownie protestował i błagał "Tylko nie ona!"-zdająwszy sobie sprawę,że przyszłość może być naprawdę mroczna. Lecz jego wyraz twarzy aż rwał się do bijatyki."Tylko tu podejdź..Nie masz życia.."-te zdanie było umieszczone a jego głowie i męczone non-stop.

Ciemne oczy kobiety zawisły na numerach widniejących na ich zakrawionych piersiach. Popatrzyła po wszystkich bardzo przenikliwie,z wrogością spojrzenia.
Kowalski myślał,że dziewczyna przebije go wzrokiem na wylot. Pamiętał jak popatrzyła na niego z tak dziwną siłą spojrzenia,że niemal nie zemdlał.
Połknął nerwowo sline gdy Niemka stanęła na wprost niego mówiąc:
-Rozmyślacie pewnie po co wy mi tutaj.-Patrzyła prosto w oczu stratega,lecz on nawet nie drgnął.
-Odpowiedź jest prosta otóż niegrzeczne Polaczki to złe Polaczki. A świat takich nie potrzebuje.-rozjaśniła odwracając wzrok na długi szereg żołnierzy.
-A tych których się nie potrzebuje muszą gdzieś trafić...-dodała i szła wzdłuż szeregu dając do zrozumienia,że to właśnie oni są "bezwartościowymi Polaczkami."
Kapitan w głowie sam odpowiadał sobie na każde jej słowo.Przeklinał,kłócił,krzyczał,zaprzeczał. Wszystko w myślach bo nie miał już,ani siły w głosie ani tyle głupoty w łbie by bezczelnie i bezsensownie się odzywać.

-...Lecz plus takich Polaczków jest jeden...-ciągnęła wypowiedź jak guma do żucia.
-My nie wiemy wszystkiego.A jak czegoś nie wiemy,chcemy się dowiedzieć. A jak chcemy się dowiedzieć musimy mieć kogoś kto te informacje posiada.A są one tu.-gwałtownie zatrzymała się i głęboko popatrzyła w oczy dowódcy pokazując palcem na jego głowę jakby chcąc wytłumaczyć mu,że właśnie rzuciła mu pozorne"wyzwanie" .
Wiedział,że każde jej słowo było warzone w jej głowie bardzo roztropnie i że każde wypowiedzenie pojedynczego słowa było pewnego rodzaju szyfrem;którego niedługo miał znać pierwowzór i rozwiązanie w jego języku.
Jej wzrok przebijał w jego umyśle głęboką dziurę przez którą wylatywały czyste myśli zostawiając tylko uporczywy niepokój. Przez kark przebiegł dreszcz chłodu i bólu gdy znów poczuł krew w przełyku. Powszechnie mówi się,że oczy są odzwierciedleniem duszy-jego oczy wyrażały tylko błogą pustkę i jednolitą obojętość. Wszystko to było kompletnym przeciwieństwem tego z czym wewnętrznie musiał się borykać.

Kobieta wpatrywała się w jego chłodne oczy jeszcze jakiś czas tak jakby szukając w jego duszy czegoś więcej niż tłumionej pogardy;lecz jego oczy blokowały wrót do umysłu czyniąc tą czynność szukaniem wody na pustyni czy igły w stoku siana.

Przerwała to czując podenerwownie jego zachowaniem.Liczyła na to że odrazu znajdzie należytą nienawiść w jego oczach.
Chłopak ową posiadał,lecz okazywać to uczuciami nie miał czelności. Dusił ją w sobie bardzo skutecznie.
-Albo będzie po dobroci albo zadziałam inaczej.Pytania są proste i logiczne. Albo opowiadacie prawde albo będziemy rozmawiać po staremu.Wybieracie sami.Pamiętać:odpowiedź równa braku odwrotu.-zagroziła z śmiertelną powagą.
Spojrzała po wszystkich bardzo badawczo po czym w bladym światle dnia oznajmiła:
-Tyś kapitan tego pośmiewiska,tak,ty wiesz o wszystkim na ten temat?Mów!Kogo tam jeszcze macie,kogo trzymacie,gdzie ukrywacie?Gdzie lokalizacja głównej bazy?Co tak takiego ważnego macie do ukrycia,co?Mów.-warknęła w stronę osłupiałego lidera.

Jego kręgosłup został zaatakowany nagłym "dreszczem stachu" czując jak oczy kobiety wbijały się w jego duszę jak noże,które rozdziały wszelkie nadzieje-omijając tylko strach,smutek i przerażenie które pałętały się po nim z dużym bólem.
Jej pytania bardzo go dotknęły,iż były to pytania tak dla niego skomplikowane i ryzykowne jak jeszcze nigdy dotąd.
Jego głowa pracowała na pełnych obrotach które dobijał go tak bardzo,że o mało nie zemdlał z wyniszczenia psychicznego i fizycznego. Nie mógł mówić.Nie potrafił po prostu złamać obietnicy która miała w garści naprawdę tak wiele żołnierskich dusz,żeby nie powiedzieć tysięcy. Wielu poległo za te kilka słów,on nie mógł zmienić rutyny honoru.
Ból podpowiadał mu cichymi szeptami:"Mów,no powiedz,to będzie koniec cierpienia!Tylko powiedz te kilka słów!" za to wszystko inne darło do ucha stanowcze:"Sza!Nic nie mówić!". Te ciche szepty były tak bardzo kuszące,jego organizm bardzo tego pragnął,lecz charakter również miał mocne argumenty.Czuł jak świat się zatrzymuje,a serce na chwilę staje.Coś powoli ogarniało jego umysł i oczy czarnymi plamami. Nogi podłamywały się pod gruntem,a płuca dusiły brakiem równoległego oddechu. Chciał nie istnieć,nie mieć nic wspólnego z tą poważną,nagłą  decyzją,a najlepiej nigdy się nie urodzić i nigdy nie iść do wojska. Pragnął czasu. Po co miał mówić? Jakby powiedział to ewentualnie:zabiją go,każdego z jego żołnierzy,resztę oddziałów w bazach łącznych i głównych,wszystkich których kochał,zostałby znienawidzony na wszystkie przyszłe pokolenia i zniósł by hańbę do grobu na wieki.Ale to tak ewentualnie,nie ma innych mocniejszych skutków ubocznych,a co przejmować się takimi bzdurami,co nie?
Lecz z koleji czemu "nie powie"? Będą męczyć wszystkich dopuki nie ujawni prawdy.Oni ich zabiją,nic nie powiedzą,ale w przyszłości znajdzie się ktoś kto powie w strachu wszystko,dosłownie wszystko, nie świadomy jak bardzo cierpieć musieli jego poprzednicy by żył w bezpieczeństwie. I wylana przez nich krew będzie zaprzepaściona na amen.

Ale przynajmniej umrze w honorze.On i inni żołnierze.I to się naprawdę liczyło.Nie ile przejdzie-tylko czy to w ogóle będzie tego warte.
Wziął kilka łagodnych i głębokich wdechów na uspokojenie szalejących myśli i krytycznego,krwawego bólu w nadbrzuszu. Niepostrzeżenie zerknął na oddział męczenników.Każdy był w mizernym stanie. Czuł jakby za każdego z oddzielna musiał chronić jak małe, nieporadne dziecko,którym musi się odpowiednio zajmować. Czy odpowiednio się zajął? Nie. Nie sądził.Zamiast widzieć ich uśmiechy widział nieskończone cierpienie.
Patrzył na nich jak generał tuż przed ogromną walką na swoich pułkowników. Pełen dumy jak i smutku. Czy dobrze postąpi wystawiając ich na tak wielką próbę? Podołają?

Wzorki "pułkowników" posyłały "generałowi" uspokajające,błogie spojrzenia upewniając lidera,że i oni zachowają milczenie aż do ostatniej kropli krwi.

Nie powie. Nie powiedzą. Toteż postanowione. Niemcy chcą wiedzieć?Ni się śni!

Uspokoił umysł.Zsumował mądrze każdy szczegół.Oddech. Nie ma odwrotu. Słyszał każde uderzenie swojego poczciwego serca. Ni się śni! Nawet ból nic nie zdziała!

-Nie.-to słowo stanowczo wypowiedzane prosto w oczy Niemki,zapisało wszystko bez odwrotu zamian.
Był "nawet rad" z swojej cząstki siebie która pozwoliła mu otworzyć buzię i powiedzieć coś co zatkało jego gardło przerażeniem.

Myślał,że wszystko dzieje się wieki,a były to tak krótkie sekundy,że nigdy się nie nadziwi. Czekał tylko na to co zaplanuje Bóg. Niech dzieje się co chce.On już postanowił.

-Was?-wyszeptała Niemka z ognikami wściekłości i zdziwienia w oczach.
-Powiedziałem-nie.-rzekł z nadzwyczajną łagodnością i czystością głosu który się nie zacinał-wiedział co ma mówić.
Ugh... Łamię mu serce...I wnętrzności :/
(?)

-Was?-kobieta nadal nie mogła uwierzyć,że własny lider wystwia żołnierzy na pole bitwy na które nie byli ani trochę przygotowani.Lecz on wiedział co robił. Wiedział do czego się posunął i jakie bedą tego skudki.
-Nein.-nadal gardził jej spojrzeniem.Nadal tym stanowczym głosem.
-Myśmy się chyba nie zrozumieli...zdajesz sobie sprawę, w jakie tarapaty wpakujesz siebie i całe to zamieszanie?-wskazała pogardliwie ręką na resztę więźniów.
Podświadomie wiedział,że tak czy inaczej nie zmieni zdania,a im bardziej Niemka wgłębiała się w jego umysł chcąc skazić go większym uczuciem winy,tym mocniej i uparciej na język honor cisnął mu stanowcze "Nie!".

-Sam się prosisz.I tak będziemy mieć te informacje. Jak nie teraz to innym razem.Ale wyciągnięmy. Zawsze wyciągamy.-warknęła wściekle,nie spuszczając z jego oczu wzroku.

Czuł jak chłodne powietrze szczypie jego oczy i rozwiewa włosy.Nie chciał wiedzieć czy klimat miał wpływ na jego decyzją czy też nie,bo tak czy siak nic nie powie.Przysięgł to sobie.Wszystko było dla niego w tym momencie okropnie dołujące,ale tkwił tylko w tym by nic nie mówić. Był pełen nadzieji,że i jego podopieczni dotrzymają słowa.

Słuchał pilnie wszystkiego co dookoła niego się działo.Pośród okrzyków słyszał jęki i...coś co go najbardziej zdziwiło. Czy on...słyszał śmiech i muzykę?
Kilkanaście metrów dalej zauważył małe ekscentryczne pomieczenie. Przed drewninymi drzwiami stała grupka Niemców sączących piwo z sporej wielkości kufrów. Śmiała się i śpiewała tak jakby nie była w pracy tylko w barze w środku zwyczajnego dnia.
Słyszał dźwięczny rytm grania na harmonijce i radosne rozmowy.
Czy Niemcy naprawdę byli tacy bezczelni? Wszyscy w około umierali,byli męczeni,cierpieli,a oni najprościej w świecie to bagatelizowali?Po prostu żyli jakby nigdy,nic.Zdawali wrażenie,że tym zachowaniem chcą dobić biedaków bardziej-i sprawnie dochodzili do swego gdyż w taki sposób sadzili w sercach żołnierzy zalądek czystej złości i goryczy.
Skipper oczuł nagły przypływ złości i żalu.Jego serce przepełniła czysta nienawiść,która powoli naprawdę dążyła do tego,że to on szybciej pozabija ich niż oni jego.Jednak znalazł jeszcze resztki rozsądku i z całej siły woli powstrzymywał się od tego,choć przynać musiał,że kąsąły go niezwykle jadowite węże pogardy i nienawiści. Z sekundy na sekundę słabł fizycznie,lecz psychicznie się jednocześnie wzmacniając,tak gdyby tylko nienawiści dawała życie w jego teraz już "słabym i pozornie nieporadnym ciałku".Lecz nagły gniew ustąpił przerażeniu gdy usłyszał wrzask niemalże tak samo jak on wściekłej Niemki:
-Zabije was wszystkich.Zabije.Zrobię wszystko,byle dowiedzieć się prawdy!

Ten wrzask odbijał się w jego głowie okropnym i bolesnym echem...Był jak kolejny nóż wbity prosto w jego barki który z chełbliwym napisem szatana "Doprowadziłeś do większego piekła,brawo.Trzymaj tak dalej." zdobił jego plecy pełne podobnych ciosów.
Nóż wbijał się głębiej i głębiej,aż nie usłyszał...:

-Zabawimy się trochę.W pewną taką fajną rzecz.Zabawa nazywa się "raz,dwa,trzy".Znacie taką fajną zabawę,Polaczki?Co? Pokazać wam jak w nią grać,co?!-wysyczała przez zęby z ognikami wściekłości w ciemnych oczach.

Chłopak nawet nie miał odwagi głębiej pomyśleć o co chodzi tyranowi,po prostu ciężko było mu myśleć w takim stanie.Mgliście patrzył gdzieś w dal czując jak jego brzuch ściska się od nadmiaru krwi i bólu jak i wykańczającego stresu.Poczuł mocne ukłucia i coś podobnego to bardzo mocnej kolki w nadbrzuszu.Poczuł mdłości. Starał się jak mógł,żeby nie dać łzą dopłynąć do oczu,żeby tylko nie wrzasnąć.
Musiał po prostu stać wyprostowany do nie tego dowódcy co trzeba,w nie odpowiednim czasie i nie w odpowiednim miejscu. Bardzo z tego powodu cierpiał,ale był bardzo bezradny.
Cokolwiek nie znaczyły słowa strażniczki-były one niepokojące.
-Pod ścianę!-krzyknęła donośnie do więźniów i tak dźwięcznie,że cały obóz bez trudu ją usłyszał.

Reszta pilnujących jak na komendę popchnęła ich prowadząc kilka kroków do przodu.

Strateg zauważył że prowadzą jego kompanię pod średniej wielkości ścianę,a raczej mur z utwardzanego betonu.Na jego powierzchni schły plamy krwi i zagłębienia po kulach z broni palnych.
-"Moment..."-rozmyślił się Kowalski powoli podchodząc do rozwikłania zagadki wykonywania tych manewrów.
Poczuł kolejny podmuch przerażenia gdy zorientował się w jak bardzo poważnej sytuacji się znajdują. Oni nie przprowadzili ich tu... bezcelowo... Poczuł jak cały jego świat "wali się na łeb i czyje" jak wszystko staje się rozmazane przez zaniepokojone,gramarowe tęczówki.

Czy mógł to przewidzieć? Nawet jakby bardzo chciał, Kowalski nie był wstanie myśleć na porządku dziennym. Niby to on był Mózgiem całego oddziału,ale teraz... Czy teraz coś zrobi? Wymyśli?
Jedyne co wiedział to to,że byli na straconej pozycji.

Ciężkie powietrze przepełnione niepokojem unosiło się nad zakrwawionym podłożem.
Chmury były naprawdę ciemne co sugerowało nagły deszcz.
W oddali słychać było coraz to wyraźniejsze śmiechy Niemców i harmonijke która ciągle grała radosną i skoczną melodie która kompletnie nie pasowała do tutejszej sytuacji.

Słychać było jeszcze kilka wymian zdań pomiędzy dwoma strażnikami,lecz potem zapadła napięta i głucha cisza tak jakby świat zatrzymał się na kilka sekund. Na kilka przerażających i długich od wyczekiwania sekund.

-Słuchaj uważnie.Do trzech razy sztuka!Każda zbliża do śmierci któregoś z nich. Ty wybierasz.-poinformowała lidera powściągliwie pokazując rękoma- z założonymi czarnymi rękawiczkami-na sztywny szereg przy ścianie.
Skipper szybko znieruchomiał,a mięśnie naprężyły się od strachu. Stres i ból wziął nim górę.

Ta kobieta sugerowała coś bardzo złego.
-Odwrócić się.-wydała rozkaz do zaniepokojonego oddziału.
Chłopak chyba już powoli zaczynał mdleć.Blada twarz jak u wampira tylko i wyłącznie potęgowała wrażenie niezwykłego omamienia umysłu. Czuł jak kolejne ostrza zostają wbijane w jego plecy przez niesprawiedliwe i okrutne życie. Odchlusnął resztki krwi z ust. Był przerażony i mimo tego co sobie przysiągł; teraz zaczął się bardzo wahać. To wszystko dobił fakt,że Kobieta wyjęła strzelbę i przeładowała ją starannie.Stał tyłem,ale wszystko dokładnie słyszał.Chyba za-dokładnie bo niby nic nie znaczące śmiechy żołnierzy i brzdęki na instrumencie niemal doprowadzały go do płaczu. Nie dokońca wiedział co się dzieje w około niego.Nie rozumiał.

-Dobrze,więc zaczynamy zabawę -parschnęła.- Gdzie jest baza?Mów - zapytała kobieta ostrym głosem wcale nie łaskawy do owej zabawy.

Szef wzdrygnął się mocno na powtórzenie pytania.Coś go blokowało.
-Nie.-te słowa zostały wypowiedziane bez władania swoim własnym głosem.Jego psychika była przeciwko wszystkiemu,ale i tak odpowiadał,nie zdając sobie sprawy z tego co robi. Buzia sama się otwierała a on musiał tylko temu ulegać.
-Raz.-odparła Niemka wyciągając ku górze broń. Skierowała lufę ku odwróconym i zdezoriętowanym żołnierzą.
Strzeliła z hukiem tuż obok przypadkowego z więźniów przy ścianie.Pocisk wbił się w betonową ścianę z niemym łoskotem.Pocisk a głowę dzieliły tylko nie wielkie lecz zbawienne centymetry.

Paraliż zaatakował dowódczy jego umysł. Czuł jak ciało trzęsie się z zimna,strachu i bólu. Miał nadzwyczaj dość.
-Kto obejmuje teraz ochronę pod waszą nieobecność ?Kogo tam macie?Mów.- z każdym wypowiedzianym słowem konał coraz bardziej.
-Nie -nadal nie kontrolował swoich słów.Język mu drgał,lecz wypowiedział zaprzeczenie z niezwykłą płynnością. Jego oczy rozdwajały obraz w dwa mgliste oblicza; tworząc je jeszcze bardziej tragiczne i straszne.
-Dwa.-oznajmiła Niemka strzelając do tego samego przerażonego żołnierza.Tym razem nie miał tyle szczęścia co poprzednio.Kula z hukiem trafiała go w nogę.Krew prysnęła na światło dzienne-tak samo jak przeraźliwy wrzask wspomnianego jegomościa.

Hałas z piekła-teraz nie wesoła melodia harmonijki- i złośliwe śmiechy Niemców na wznak przeplatane z wrzaskami bólu dawały tak wstrząsający efekt,że kapitan nigdy, przenigdy ich nie zapomni. Czuł jak każda nuta przebija go na wylot i robi z jego umysłu prawdziwe piekło.Nigdy nie będzie tak samo.

Jeżeli tylko mógłby się odwrócić...
Słyszał jedynie dźwięki.Oczu nawet nie chciał otwierać. Umysł podsuwał mu okropne obrazy -potęgujące wszystko- które prawdopodobnie działy się zza jego zamkniętych powiek. Jego żołnierz mdlał z bólu... a on tylko wsłuchiwał się w te krzyki.

Te śmiechy...ta melodia... były tak nieświadomie brutalne.Chlusnął krwią.

-Kogoś tam macie.Kogo?-zapytała znowu przeładując broń.
-Nikogo.-ukrywał wiadomości w najgłębszych zakądkach siebie.Nie powie.
-Heh!Kłamca!-krzyknęła po czym dodała dźwięczne:
-Trzy!
Z furią nacisnęła spust trafiając w tył głowy kulejącego,stojącego na jednej nodze biedaka.Krew chlapnęła o ścianę wraz z resztkami skóry,włosów i wewnętrznych narządów.Jego martwe ciało zsunęło się po ścianie powoli zostawiając na niej dużą plamę krwi.
Skipper poczuł jego krew na swojej skórze.Wiedział,że jednego podwadnego "miał już na kącie- niezmazywalnie".Chciało mu się krzyczeć i płakać.Nie chciał żyć w tak dużym stresie.

-Te!Te!Myśli,że jak nie odpowie na pytania to to mu pomoże!Niedoczekanie!Niemcy zawsze wygrywają!Nie mają kretyni szans! Idioci! Phi!-słychać było mało przytomne nawoływanie upitych strażników,którzy z zaciekawieniem przyglądali się akcji. Dla nich była to niemała zabawa.

Kapitana ogarnęła chłodna wściekłość.Opętały go demony złości i nienawiści połączonej z dogłębnym żalem.Chciałby żeby ich wrogowie mieli choć trochę taktu i ubolewania. Nie dla wrogów;lecz bardziej jak człowiek do człowieka. To bolało jak bardzo nie zdawali sobie sprawy z sytuacji.A prznajmjiej nie widzieli tego tymi samymi oczami co oni teraz.

-"Musicie!? Zamknąć się!Proszę!"-wojskowy wydzierał się w myślach panicznie próbując coś wymyśleć.Usilnie tłumił wymioty.
Miał ogromną ochotę rzucić się na nich i własnymi rękami ich podduszać.Pragnął tego.

Przełknął zdruzgotanie i nabrał do nosa trochę powietrza.
Co jeśli wszystkich tak urządzą?Jego przyjaciół....
nic im przecież nie zawinili.
Do oczu napłynęły łzy gdy jego głowa przypomniała sobie jaką obietnica złożył wszystkim tym ludzią którym służył i ich rodziną.Że będzie robić wszystko byle byli bezpiecznii i byle równie spokojnie wrócić do domu-do rodziny która czeka na powrót żołnierza.A teraz?Jak wytłumaczyć tym biednym ludzią że nie podołał wymyśleć nic lepszego gdy jeszcze był na to czas?Że nigdy już nie zobaczą jego podwładnych?
Przecież oni czekają tylko na powrót tej konkretnej osoby...
Jednej,jedynej. Dlaczego będzie musiał ścierpieć łzy ich bliskich gdy dowiedzą się,kogo stracili? Czemu musiał zacnych odpowiadać?Za ich życie?Za decyzje?
Kapitan przyznał,że to najgorsza rzecz jaka może zdarzyć się dowódcy -strata żołnierza lub zawiedzenie go.
On chyba robił te dwie rzeczy na raz... i to bardzo bolało. Bardzo.
Doskonale wiedzał dlaczego dowódcy mają zawsze tak twardy i kamienny wyraz twarzy.Stracili zbyt wiele by podniecać się czymś co znów mogą stracić- z swojej winy.
On sam powoli stawał się.jednym z nich.

-Wiem... w Warszawie coś wisi w powietrzu. Coś szykujecie. Macie kontakty z Warszawą,racja?Zaczeliście coś organizować ja to czuję...  Co? Co to takiego?Wiecie,wiecie,powiedzcie - namawiała przesłodzonym głosem wycierając pistolet z krwi.

-Nie!-wrzasnął lider z łzami bólu w oczach.
-Raz -odparła niemal natychmiast strzelając w plecy kolejnego przypadkowego żołnierza który po chwili wydarł się tak piekielnie,że wszyscy poczuli bardzo mocny ból uszu.I serca. Bo po chwili ich kolega padł na ziemię pół żywy wrzeszcząc by ratowali mu życie.
-Baza? Zdradzisz?-spytała po chwili wypatrywania się w materiał koszuli zastrzelonego wojskowego.Była cała w krwi tak gęstej i czerwonej że patrzenie w ranę sprawiało jej podwójną satysfakcję.Ciecz powoli spyływała po roztrzępionych mięśniach i skórze...
-N-Nie!Nie!Nie!Nigdy!-wrzeszczał z ogromnym trudem podtrzymując się od płaczu.Miał zdecydowanie dość.
-"Przestańcie..."-błagał w myślach.
-Dwa -kobieta z świstem wypuściła z lufy naboje które z ogromnym hukiem-nie dając litości leżącemu chłopakowi-wbiły się w skórę.
Kolejne pociski trafiały chłopaka w ramie.Nie miał siły krzyczeć.Zamarł w bezruchu i przestrachu.

Twarz Kowalskiego wyglądała na zdruzgotaną.Skipper bez problemu mógł to dostrzec.
Granatowe oczy zczerniały,twarz zbladła,a na jego policzku widniały plamy krwi gdyż tuż obok jego boku rozpościerała się długa smuga cieczy rozdarta przez jedną długość w dół aż do ciała zmarłego już żołnierza.
Nie przestawała się sączyć.

Kapitan poczuł nagły przypływ przykrości i druzgotania.
Do szklistych oczu napłynęły łzy żalu.Jak on by chciał znów być wolny.Wolny od ponoszenia odpowiedzialności za to piekło.
Żal ogarnął całe ciało.
Chciał wrzeszczeć.Chciał rzucić się na kolana i błagać zmarłych o wybaczenie.
Chciał.A chcieć nie znaczy móc.
Czuł się jak na łańcuchu zrobionym przez bez uczuciowe istoty.
Bez odwrotu,ani ucieczki,bez czekania na lepsze dni. One po prostu nie nadejdą.

Melodia harmonijki przybierała go o dreszcze.Sam nie wiedział co w tym strasznego,lecz ona go przerażała.Czy on się jej bał? Prawdopodobnie przypominała mu o dobrych czasach które już nie nadejdą.
O tym że Niemcy sie wspaniale bawią,a on i jego żołnierze przeżywają traumatyczną skaze na swojej psychice.Jak tak można?

Miał dość pytań.Dość strat.Dość cierpienia.Chciał wracać do domu.Ale chwila... gdzie jest ten dom? Pewnie leży w ruinach,a osoby których kochał już nieżyją.Gdziekolwiek by się nie udali,wszystko przynosiło straty i cierpienie,którego nie mogli w żaden sposób powstrzymać.
Ale... miał ziarenko nadziei.
Jak teraz przeżyją cierpienia,czy po śmierci będą w niebie?Czy Bóg im wybaczy?

-Lokalizacja?-zadała to pytanie ponownie znudzony już głosem.
-Nie znam- kłamał.Musiał.Przerażenie dusiło jego psychikę.

Szef poczuł błogi spokój i opanowanie.Coś co od dawna potrzebował.W oddali usłyszał stłumione krzyki.
Modlił się,choć doskonale wiedział, że Bóg nie wysłuchał jego próśb gdyż rozległ się kolejny strzał:
Kula rozerwała głowę półżywemu żołnierzowi.
Zanim to nastąpiło słychać było jeszcze cichy,ale płaczliwy szloch.Totalnie gubił się on w odległych hałasach,śmiechu i płaczu.Był to szloch tego samego żołnierza,który leżał teraz postrzelony cały w krwi i łzach.

A Skipper cierpliwie czekał.Czekał na co?Trudno to było określić.Minę miał zdruzgotaną,lecz oczy były totalnie puste tak jakby zamknął się w sobie,a świat nie wpływał na jego lodowate spojrzenie.


Kowalski westchnął ciężko.Wdech mu drgał i nie miał odwagi wciągnąć wiecej powietrza.Tkwił w koszmarze.

W oddali usłyszał stukot ciężkich butów.Na plac wbiegł mężczyzna o elegancko ułożonych brązowych włosach.Strateg wzdrygnął się.Nie był wstanie zobaczyć nawet jego twarzy wszystko działo się zza jego pleców.

-Doris,co ty wyrabiasz?-usłyszeć można było dość znudzony i poirytowany głos mężczyzny,który ośmielił się urwać grobową ciszę.
-Ty już dobrze wiesz co -urwała kobieta zakładając na nowo swoje czarne rękawiczki ubrudzone krwią.
Chłopak ciężko westchnął przytupując z poirytowaniem  butem.
-Znowu?Dobrze wiesz,że zabijanie tylu na raz nie jest dobrym rozwiązaniem! -burknął poprawiając kołnierz niemieckiego munduru.
-Bo ty oczywiście znasz się najlepiej -westchnęła ironicznie chowając pistolet do pokrowca.
-A żebyś wiedziała!Zresztą...Co ci tak spieszno z mordowaniem?Masz rozkazy od centrali? -westchnął wybijając wzrok w odwróconych wojskowych.Zielone jego oczy świeciły tkliwym znudzeniem.

-Po pierwsze:Są do czego potrzebni,to i zabijać dla dobra sprawy muszę.Po drugie:Teraz JA wydaje rozkazy i JA decyduje kiedy naciskam spust -dziewczyna toczyła rozmowę z chłopakiem w nadwryraz prostym i mało oficjalnym stylu.Tak jakby kłóciła się z bliskim kolegą o mało istotne interesy.

-Ehym,yhym...-przytaknął miało przytomnie jakby nad czymś myśląc.
Kwaśny wyraz twarzy był właśnie tym który towarzyszył mu w przechadzce przez krótki odcinek ku ścianie.Przykucnął w milczeniu przy ciele postrzelonych.
Wpatrywał się beznamiętnie w rany.

Przywrócił oczami,mlasnął i ociężale podniósł się z ziemi.
Śmiechy w oddali nie miały granic.
-P-Patrzcie,Parker!-wyli radośnie dopijając resztki piwa.
-Milczcie!-wrzasnął poirytowany posiadacz wspomnianego imienia.
-Kto pozwolił im tu pić...?-dopowiedział rozgniewany.

-A teraz pytanie do ciebie.Skąd oni ?-zwrócił większą uwagę na ścianę i nieszczęśników,wcześniej ich mgliście ignorując.
-Z podziemi.Prowadzą kampanie z innymi gnojkami -odparła beznamiętnie.
-Czyżby rozchodziło się o Warszawę?
-Jakże inaczej.
-Heh -parschnął

Kapitan zmarszczył brwi.Coś się dzieje.Coś złego...

-Powiedzieli? -Parker zapytał odczuwając zmęczenie sytuacją,choć tkwił w niej najkrótszy czas.Niemka nie odpowiedziała lecz posłała mu tylko wzrok: "Żartujesz?".
Nowoprzybyty wpatrywał się w Polaków jeszcze kilka chwil.
-Co zamierzasz potem?
-Zatrzelimy,wyślemy do Aushwitz albo sami się wykończoną - odpowiadziała z śmiertelną powagą.
-Co chcesz konkretnego wiedzieć?
-Głównie to co wisi w powietrzu w Warszawie,ale równie ważne będzie dowiedzenie się co ukrywają.
-Typowo.
-Niby racja,lecz każdy z poprzedników milczał.Trzeba coś w końcu zrobić...-Doris wpadła w dziurę głębokiej zadumy.
-Ty wiesz,że to nie ma sensu.I tak się na raz wszystkiego nie dowiesz - wyjawił swoje rację wojskowy.
-Skąd te przypuszczenia?
-A powiedzieli?
-Nie.
-Daj czas. I tak,powiedzą,chcą tylko czasu -burknął.
-Co więc zamierzasz?-zapytała zainteresowana wypowiedzią mężczyzny.
-Pozamykać poszczególnych w piwnicach i męczyć do
skutku.Proste -westchnął przecierając pot z bladej skóry.
-I tak nie powiedzą.Nadzieja,matką głupich.Chociaż...można spróbować.
-A spisałaś ich chociaż?-zapytał po chwili wypatrywania się w krew.
-Nie -urwała krótko przypominając sobie o niefortunnej wpadce.
-Zdarza się. Będą jako zaginieni - mężczyzna rozwiał jej wątpliwości.
Kobieta przytaknęła najwyraźniej zadowolona z propozycji rozwiązania problemu.
Brązowowłosy westchnął głęboko.
-Rób co chcesz - wtrącił odwracając się w stronę siadki. -Rób co chcesz...-powiedział ciszej.

Czarne obłoki ogarnęły niebo.Urwanie chmury miało nastąpić już naprawdę niedługo. Zgiełek na terenie obozu zmalał,a cisza udzielała się każdemu,który wsłuchiwał się w szum bezwzględnego wiatru.Tak samo bezwzględnego jak tamtejsi Niemcy,którzy odbierali życia bez skrupułów.A czas mijał... Z minuty minutę zło pałętało dusze ludzi,którzy tylko chcieli żyć w pokoju.Czy kiedykolwiek będzie im to w końcu dane?

°*°*°


Kto normalny robi z bajki horror?


Ale to było niespodziewane xD
Mówiłam,że zniszcze życie Doris,Alex (Tajemniczaa chyba też xD) doczekałyście się.
Już normalnie czuje powiew hejtu z komentarzy,że "jak mogłam to zrobić?!?","NIE masz życia". Hehe  ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Jak mówiłam,mam drugi pomysł na zrujnowanie jej żucia,choć osobiście nic do niej nie mam,ale widzę jak wy się rzucanie toteż korci mnie by ją "trochę" zniszczyć. W jaki sposób? Wy już sami o to zadbanie 😂😂😂

[Ten uczuć gdy są tak cholerne dociągniecia w historii :/]

Tak w ogóle to chyba pobiłam rekord w długosci i przerwie. No cóż. Pewnie znów będziecie czekać. Co do głównego opowiadania to straciłam rachubę czasu i przestrzeni,ale jakoś później to napisze. "Wait for it!"

(A jak jesteśmy już przy Hamilitonie...) Na koniec mój kochany
Lesli Odom [Aaron Burr].
Który podziękuje wam za to,
Że marnujecie czas na moje
OneShoty :') Tymczasem bywajcie!

niedziela, 26 lutego 2017

~ Zagadkowy akt 47 ~ - One Shot PzM


Witam.
Tu główny dyrektor tego przedsięwzięcia.
Z powodów technicznych które trwały aż miesiąc,posty publikowane tu mają straszne opóźnienia.
Na szczęście błędy techniczne zostały zażegnane i wszem i wobec ogłaszam ciągłe funkcjonowanie.
Niestety. W S Z Y S T K I C H błędów nie rozwiązano. W poniższym tekście pojawiają się przeróżne nieścisłości,niedociągnięcia i błędy innego kalibru,na które niestety nie mamy rady,ponieważ nasz system (czyt. mózg) nie przetwarza wszystkich danych poprawnie i państwo muszą nacieszyć się tym bałaganem.
Ilekroć dodać musimy,że fabuła dziejąca się w tym potocznie zwanym "One Shot'cie" toczy się w innej czasoprzestrzeni,którą będziemy śmieli...trochę nagiąć.

Dziękuję za uwagę.
~Dyrektor naczelny Angelika.

***


-Teraz twoja kolej.-odparł znudzony Utajniony przesuwając pionek na czarno-białej szachownicy.
Czas mijał.Tykanie zegara zaczęło być czymś w postaci melodii,która lulała w tej chwili ich mało produktywne osobistości do snu.

Mężczyzna który siedział na przeciwko Utajnionego przesunął białą wieżę na polu.
Minę miał nie mniej "przejętą",można było powiedzieć,że wręcz obojętną.Nie obdarzył tą partię szach zbytnim przykładaniem czy zainteresowaniem niż było to potrzebne.

Przesuwał tylko pionki by czekać na ruch przyjaciela-zresztą równie co on znudzonego.
Wziął łyk ciepłej,brązowej cieczy.Kawa była czymś co zawsze koiło jego zkołotane nerwy.Nie mówiąc już o znużeniu,bo była ukojeniem również i w tej dziedzinie.

Czarny koń powędrował kilka pól szachownicy dalej.
-Skipper,ty też się tak cholernie nudzisz?-spytał "posłaniec czarnego ogiera".
Mężczyzna z naprzeciwka posłał mu tylko puste,zgnębione spojrzenie,które było odpowiedzą na całe jego pytanie.Wymruczał coś pod nosem,ale Utajniony nie chciał rozszyforwywać cichego burknięcia mężczyzny,bo nie sądził,że był to treściwy mruk.Dlatego to po prostu to zignorował i znów zapadła cisza przerywana tykaniem zegarka i brzdękiem stawiania szachowych pionków.

-Szach mat.-powiedział Skipper kładąc swoją białą damę obok czarnego króla.
Nie wyglądał na niezwykle dumnego z tego wyczynu,twarz była tak samo obojętna jak obojętna była wcześniej.
Mężczyzna z naprzeciwka zrobił skupioną minę.Przyglądał się szachownicy z gorączkowym wyrazem,ale gdy wymyśleć coś co wyratuje jego króla już nie mógł, powiedział:
-Faktycznie.Wygrałeś.-odparł z łagodnym wyrazem trochę zimnym.Przewrócił swojego najważniejszego pionka na planszy,tak mocno że aż on poturlał się wzdłuż pola gry,tylko po to by przemierzać biały szeroki stół i zniknąć za jego rogiem.
Mężczyzna z kubkiem kawy w ręku wzruszył ramionami jakby była to szara rzeczywistość i oparł się o skórzany niebieski fotel.Siorbnął kolejnego łyka pąrującej,ciepłej cieczy i zamilkł,choć wcześniej i tak nie zaszczycił pomieszczenia zbytnio dźwiękiem jego głosu.Zkupił wzrok niebieskich jak ocean teńczówek,na szybę oddzielającą jego pomieszczenie agencji,a ogromną sale z agentami. Tam miejsce tętniło życiem,nie było miejsca na nudy.
Chłopak zamyślił się.

Odkąd ich szef wysłał swoich ludzi na urlop,sala trochę opustoszała.Nie to,żeby mu to szczególnie przeszkadzało,większym problemem okazała się doskiewrająca nuda. Nuda której nigdy by się w życiu nie spodziewał.
Podpisywanie dokumentów,czyszczenie broni,rozwiązanie spraw dotyczących mniejszej skali porwań czy morderstw- wszytko to było mniej czasochłonne i pracochłonne niż się spodziewał. Oczywiście roboty było o wiele więcej lecz zakres ich obowiązków obejmował tylko ich część. Zdąrzyli wyrobić się z drugim wojskowym z wszystkimi obowiązkami w zaledwie tydzień od wyjazdu ich podwładnych.Rekordowy czas.Gdy to wszystko zrobili wielokrotnie rozmyślali nad opcją wrócenia do domów i zrobienia sobie urlopu jak inni agenci,lecz ta opcja wydawała im się nie za dobrym rozwiązaniem.
Ktoś przecież musi wszystkiego pilotować,bez względu na wszystko,co nie?Pomimo,że nie byli głównymi dowódcami to i tak zajmowali wysokie miejsca na F.B.I'owej hierarchii.

Agencja była ogromnym,schowanym i tajnym przedsięwzięciem.Było wielu innych żołnierzy którzy jej służyli,oprócz tej dwójki,to i oni mieli sporo swoich obowiązków którymi musieli się zająć. Opcja pomocy z papierami też przeszła mu przez głowę lecz też ją szybko odrzucił,bo widział,że agenci doskonale poradzą sobie bez nich.

Sprzątanie,układanie dawno nie sprzątanych kartek,a nawet sprawdzenie wszystkich danych komputera było ich zajęciami z którymi próbowali zabijać nudę.
Odziwo i to poszło nadzwyczaj szybko.Nie chcieli wpychać nosów w nie swoje sprawy.Nie nalegali aby inne oddziały oddały im swoje obowiązki,bo wiedzieli,że oni też nie mogą spijać śmietanki w czasie ich pracy.Woleli czekać na nowe zlecenia,a czekanie przedłużało się niemiłosiernie.

Pokusili się jednak o sprawdzenie dokumentów "X",których dawno nie ruszali. Ilekroć próbowali wyjaśnić jakąś sprawę z owej teczki,kończyła się klęską,smutnym niepowodzeniem. Specjalna jednostka informowała,że sama z przyjemnością tym się zajmie,ale dwójka młodych,upartych komandosów odmawiała i brała sprawy w swoje ręce.

Żeby wypełnić nadmiar wolnego czasu,pogrywali to w szachy,to w pokera - a obok stołu,walał się jednen,mały stos kartek,których ruszyć zamiaru nie mieli.

Skipper odłożył kubek z kofeinom na biały blacie stołu.Poprawił uciskający,pomarańczowy krawat który ściskał jego szyję i spokojnie spoczywał na jego piersi śnieżnobiałej koszuli. Odgarnął czarne jak noc gęste,niesforne kosmyki włosów do tyłu tak aby więcej już mu nie przeszkadzały.Żel już dawno skończył swoje działanie,a on nie chciał nakładać go ponownie.Nie komfortowo czuł się z sztywnymi włosami,o wiele bardziej wołał jak żyły własnym życiem,a on miał przy sobie grzebień.Teraz o to nie dbał.Rozchełmione w wszystkie strony.
Spojrzał znudzony na srebrny,elegancki zegarek założony na nadgarstku lewej ręki.
Przewrócił oczami widząc,że dzisiejsza jego praca trwa zaledwie dwie godziny,a on czuję się w niej jakby siedział bynajmniej długi,ruski miesiąc.
Westchnął cicho i odchylił głowę do oparcia przetrząc na średniej wysokości,szary sufit.

Utajniony posłał mu dziwne,podobne do współczucia spojrzenie.
-Jeszcze jedna partyjka,co?-zadał to pytanie niby z chęci,nie chęci,machając jednym z czarnych pionków zachęcająco.
Widać,że drugi agent ochotę miał na to tak wielką,jak siedzenie w tym pomieszczeniu do końca dnia całkowicie się nudząc.Znów wydał z siebie cichy,pochmurny pomruk i założył ręce na piersi.
-Co ty taki mrukliwy?-zadał to pytanie z nutką zabawy,jakby tym pytaniem chciał go jakoś namówić na dłuższą rozmowę.
-Bo taki jestem.- uciął krótko.
Utajniony znów zamilkł nie widząc o czym porozmawiać.
-Dobra to ja dzisiaj zbieram.- mruknął agent posiadający szarawy kolor włosów.Również westchnął i sięgnął po pionek,który wcześniej zleciał ze stołu.
-Hymmm...- zamyślił się widząc,że król spadł na stos wcześniej wspomnianych dokumentów. Podniósł i dokumenty i pionek.
Otworzył teczkę,czekając na coś ciekawego.
-Skipper,pamiętasz ten akt 47 co takiego szumu w zero piętnastym narobił?-spytał uporczywie wpatrując się w dokumenty w teczkach.
-Taa... - powiedział ponownie siorbiąc czarną ciecz.Założył nogę na nogę i wpatrywał się gdzieś w dal agencji,myślami uciekając daleko z tego miejsca.
-No... Czwórka zamordowanych,zero świadków ni sprawcy ni jakichkolwiek dowodów... bywały takie przypadki ale...- nie skoczył jakby się nad czymś szczerze zastanawiając.
-Dokończ.- nakazał czarnowłosy słuchac jego wywodu.
-Czy to nie dziwne,że wszystkie dokumenty z tego akta kończyły się tak samo,a informacje były nie dokońca wypełnione?A sprawy zawsze zamknięte i odłożone na niższe półki,tak jakby nie chcieli o nich rozmawiać?Dziwne.A jeszcze dziwniejsze jest to,że to głównie celebryci,a to ich rodziny najbardziej czekają na sprawę,a oni to po prostu tak to zostawili? -dokończył i z szczególną ciekawością przyglądając się jednej z kartek.Przekładał w dłoniach wszytkie dokumenty jakby szukając w nich czegoś więcej,niż widać na pierwszy rzut oka.

Agent który wygrał ostatnią partię szach również się zamyślił.Po dłuższej chwili milczenia powiedział tak jakby gadał przez sen:
-Akty "X"... Jak dobrze pamiętam chłopaki z pod jedynki mieli się tym zająć.Ich pytaj.-uciął krótkim nakazem i nieobecnym wzrokiem wędrował po pomieszczeniu.

Utajniony wyczuł od razu bijący chłód od jego współpracownika.Znał go na tyle dobrze,że mógł spokojnie wnioskować,że coś jest nie tak.
Przyjrzał mu się intensywniej.Wyraz twarzy miał kamienny,ale oczy maślane,nieobecne.Te zachowanie było czymś co występowało u jego osobliwości nie za często i nie wróżyło nic dobrego.
Mężczyzna zauważył też,że przyjaciel z branży toczy ze sobą wewnętrzną bitwę,jakby czegoś się obawiał,niepokoił.Lecz mimo to siedział bardzo spokojnie,jakby nic szczególnego się nie działo.

Facet zmarszczył brwi i posłał mu spojrzenie- "Stary wszystko ok?".
Skipper nic nieodpowiedział,choć napotkał te treściwe spojrzenie.
-Hej... wszytko w porządku?-spytał w końcu odważając się wypowiedzieć te słowa na głos.
-A jakbym ci powiedział,że "tak" to byś uwierzył?-poczuł,że przebił przyjaciela na wylot i,że ciężko będzie mu na to jakiekolwiek odpowiedzieć.
Agent F.B.I poczuł się dziwnie nieswojo więc jak najszybciej chciał zmienić tor rozmowy,a bardziej monologu,bo chłopak w pomarańczowym krawacie  bardzo się do niej nie udzielał.
-Słuchaj w przedziale B nic ciekawego ostatnio się nie dzieje... Ostatnio w A bardzo się przełożyli jeżeli chodzi o kryminologię i tam głównie mają śledztwa,chociaż w C też nieźle charują...U nas ostatnio same nudy.Słuchaj,no,ekipa spod 6 zaprasza część oddziałów B na piwo.Pytają czy wpadniesz?-zapytał uprzejmie i przyjacielsko,co rzadko mu się zdarzało. Odłożył dokumenty na bok czekając na to,że przyjaciel udzieli mu równie pozytywnej odpowiedzi.

Skipper dopił końcówkę napoju z jego ulubionego czarnego kubka.Nie spieszyć się z odpowiedzią,co Utajniony szybko zauważył.
-Wpadnę.-oznajmił krótko,nie dając wspólnikowi rozwijać rozmowy.
-To...fajnie...-odparł znów czując się nieswojo.
-Ale nie chlejcie jak w ostatni piątek.Musiałem was do domów odprowadzać,bo byliście tak nachlani,że na nogach stać nie mogliście.Nie mówiąc już o pamiętaniu o numerach domu czy choćby waszych nazwiskach.-ostrzegł przypominając sobie ostatni wypad na piwo z ekipą.
- Chłopaku, nie byliśmy tak napici!- zaprzeczył Utajniony rad że w końcu może nawiązać z nim bliższy kontakt.
-Owszem byliście. Przypomnieć ci jak ściągnęłeś bluzke krzycząc...-nie dokończył bo mężczyzna obok mu gwałtownie przerwał.
-Dobra,dobra,byliśmy,koniec tematu!-uciął czując,że jego policzki płoną z wstydu tamtej nocy.
Skipper widząc to obdarzył go lekkim,szczerym uśmiechem,czyli czymś z czym naprawdę było u niego trudno.Wojskowy odpowiedział mu tym samym.

Utajniony wstał i poprawił kołnierz czarnego swetra,ciasno leżącego na jego sylwetce.Wytrzepał szare spodnie z kurzu i poprawił złoty zegarek,tak jak etykietkę przypiętą do swetra.
-Nom... to ja idę powiedzieć o nowinie. Zajrzę do stołówki,przynieść ci coś?-spytał stając w drzwiach,zupełnie zapominając o sprzątaniu po grze w szachy czy tajnych dokumentach.
-Nie,nie,dzięki.-odparł znów się zamyślając.
Agent wzruszył ramionami z prommiennym wyrazem twarzy i zniknął za witrynom.

Mężczyzna który został w swoim skromnym zakwaterowaniu nie miał wcale ochoty na imprezowanie,czy leniuchowanie.Nie był powszechnie znany jako imprezowicz. Aczkolwiek od siedzenia i nic nie robienia wolał działać! Faktem jest to,że ostatnio nie miał zbytnio roboty,ale nie był z tego zadowolony ani trochę.
Zerknął na stos kartek pozostawionych na białym stole.
Zmarszczył ciemne brwi.
Jednym ruchem ręki zgarnął zawartość teczki i przyglądał się jej z zainteresowaniem.
Wszystkie dokumenty były powiązane w jeden sposób:żadna sprawa w nich zapisana nie była rozwiązana.
Mężczyzna należał do podejrzliwych osób,które były zdolne wyniuchać podstęp w najmniejszej sprawie.
Zmarszczył jeszcze bardziej brwi gdy odwrócił akt na drugą stronę i nie napotkał żadnych danych.Zwrócił uwagę na dopisek każdego z dokumentów "SPARAWA ZAKOŃCZONA","SPRAWA OCZEKUJĄCA PONOWNEJ ROZPRAWY".Dan było tyle co nic. Puste kartoteki.
Agent był w niemym zdziwieniu. Czy jego współpracownicy naprawdę opuścili te wszytkie sprawy?
Czuł się nie za dobrze z faktem,że jest tyle rodzin które nie wiedzą co się wydarzyło z ich byliskimi,a on najprościej siedzi i się nudzi zamiast zająć się chociaż,jedną z nich.
Zobaczył też,że do niektórych spraw przypięte były drastyczne zdjęcia,z miejsca zbrodni. Nie robił skrzywionch,kwaśnych czy obrzydzonych min. Te widoki były normalne na porządku dziennym w jego pracy.,Zauważył,że rany na ciałach przecinwją się w charakterystyczny sposób...
Poczuł się dziwnie i bliżej przypatrzył się owym sklaleczeniom.Prawie niewidoczne zarysowania przy szyji ,co zauważył po kilku długich minutach wypatrywania się to w kartkę to w zdjęcie... Dziwne. Był niemal przekonany,że jego przyjaciele z agencji musieli wziąć to pod uwagę. A jak było naprawdę?

Poczuł chęć działań. Chciał odkryć winnego tych wszystkich okropności. Doskonale zdawał sobie sprawę,że jeżeli koledzy/koleżanki (może bardziej doświadczeni,kto wie?) z branży zrobić tego nie mogli to i on będzie miał z tym nie mały problem.
Lecz było coś co w jego pracy nakręcało go najbardziej ; chęć ciągłego działania, nieobliczalne sytuacje i adrenalina która dawała mu życie (nie wspominając już o kawie,bo to ona naprawdę była czymś bez czego nie mógł żyć).
Rozmyślał o różnych rzeczach; jeśli policja, C.I.A a nawet F.B.I nie mogli rozwikłać pewnych spraw to jak on sam zamierza to zrobić?
Był doświadczony w tej dziedzinie,lecz bez pełnego składu,(który obecnie przebywa na urlopie) nie był wstanie zrobić nic więcej.
Westchnął czując doskwierający brak pewnych osób które normalnie o tej porze siedziałyby z nim przy stole i rozkminiały największe zagadki świata/wszechświata ; jeden z jego podwładnych miał do tego szczególny talent.

Gdy poczuł,że dnia dzisiejszego nic nie wymyśli zaczął składać stos kartek w równy rządek i pozbierał szachy wraz z planszom do drewnianego pudełka.Wszytko idealnie wyrównał i pochował. Rozsiadł się na niebieskim,płytkim fotelu.Czekał na towarzysza który miał wrócić z popołudniowym lunchem i z nowinami z serca agencji na deser.

Wzrygnął się trochę czując na sobie dotyk ciepłych dłoni na swoich ramionach. Sam nie mógł określić,czy było to przyjemne uczucie,ale zapewne niespodziewane.
-Zgubiłaś się?- spytał po chwili rozmkimnki nad niespodziewanyn gościem.Chciał jak najbardziej zachować twardość i bezwzględność głosu.
-Przecież doskonale wiesz,że nie! Chciałam po prostu odwiedzić wspólnika z agencji.To wszystko.-usłyszał kobiecy głos który jak najbardziej chciał zachować "słodką" formę.Czuł się czasami dziwnie nieswojo w towarzystwie tej dziewczyny,co dowodziło że może zdziałać cuda,bo on nigdy się tak nie zachowuje. Skąd te dziwne uczucie? Może wzięło się dlatego,że owa kobieta jest dziewczynom jego bliskiego przyjaciela i nie chciał w jakikolwiek sposób jemu jej odbierać czy jakkolwiek uprzykrzać im życie. Nie chciał mieć z nią jakiegokolwiek doczynienia,ale to ona bardziej "pchała się w jego stronę" gdy nie było chłopaka w pracy.A teraz akurat nie był obecny w agencyjnych progach,co bardziej dawało mu przekonanie,że "dziewczyna szuka guza w jego towarzystwie".
- A co? Kowalskiego nie ma w pracy to się nudzisz?-spytał,czując,że ona będzie kolejną osobą,którą przebił na wylot.
-Oj przestań.-odparła krótko nie dając się zawstydzić czy czuć nie swojo.Cały czas stała do niego tyłem,że i on słyszał tylko melodyjny dziwięk jej głosu. Wiedział,że może dojść do czegoś czego dojść nie powinno więc jak najszybciej chciał ulotnić się z pomieszczenia.
- Idę do Utajnionego.-wtrącił szybko,ale z brakiem zmieszania w głosie. Podniósł się z krzesła,pewnie sięgnął po swój czarny kubek i przesunął mebel na którym siedział do stołu.
Odwrócił się i spojrzał prosto w niebieskie oczy dziewczyny.
-Słuchaj,nie wiem co kombinujesz,nie wiem co chcesz zrobić,mało mnie to interesuje,ale mnie w to nie mieszaj.-odparł krótko,ale z stanowczością w głosie nadal patrząc jej chłodno w oczy.
Agentka uśmiechnęła się do jego osoby z niepokojącym dla niego blaskiem w oczach.
-Wiesz... podejrzliwość,paranoja i ta twoja ostrożność do wszytkich i wszystkiego,zawsze mi się w tobie podobała.-oznajmiła z lekkimi rumieńcami i rozbawieniem w głosie.
Komandos tylko zmarszczył  brwi i przewrócił oczyma,nie wiedząc czy ma wziąć to za jakikolwiek komplement.

Nosiła szarą bluzkę na którą nałożyła dżinsowom kamizelkę. Włosy koloru blond sięgały jej do ramion a oczy iskrzyły niebieskimi iskierkami przyjacielskości. Policzki rumieniły się lekkim różem,a na szyji błyszczał srebrny wisiorek. Skóra wyglądała na zadbanom i jasną.Nie szczyciła się wysokością,lecz posturę miała szczupłą.

Pomimo tego,że Skipper zachowywał się w stosunku do niej nie za bardzo zaufanie,to w tajemnicy,czuł do niej pewny rodzaj sympatii.
Wpatrywał się jeszcze chwilę milcząc w promienny wyraz twarzy dziewczyny.
Pokusił się o cień uśmiechu,poklepał ją przyjacielsko po ramieniu i oddalił się z pustym kubkiem w dłoni.Zatrzymał się jeszcze na chwilę u progu drzwi.
-Kowalski wyjechał do rodziny w Europie,prawda?-zadał jej pytanie,nadzwyczaj spokojnym i łagodnym głosem,lecz takim jakby nagle sobie coś przypomniał.
-Tak.-rzekła z nutką smutku poprawiając kamizelkę.
-Jak ci się poszczęści spotkać go pierwsza...-zaczął,sięgając drugą,wolną rękom do kieszeni,eleganckich spodni.-...Podaruj mu to. Powiedz,że to coś z dowództwa,podobno  ważne. Z góry dzięki.- rzekłszy to podał jej małom kopertę wyciągniętom z kieszeni. Posłał jej ciepły,szarmacki uśmiech,lecz gdy zdał sobie sprawę z kim ma czelność się zadawać- szybko spoważniał i przybrał chłodną formę. Dziewczyna zwróciła na to uwagę.
-Oczywiście. Przekaże.- odpowiedziała lecz jej głos jakby gasł z każdym wypowiedzianym słowem widząc nagłom zmianę podejścia do jej osoby.
- Skipper,ja wiem że "nie wypada" tak tu z tobom stać i gadać,ale doskonale wiesz
,że to tylko spotkanie służbowe,po znajomości, Kowalski nas przecież nie zabije.-poinformowała czytając wszystko z jego chłodnego wyrazu twarzy.

Chłopak nie odpowiedział.Zmierzył ją tylko od stóp do głów i posłał obojętne,poważne spojrzenie. Ulotnił się z pomieszczenia zostawiając zdziwioną kobietę samom.

Przemierzył długi korytarz wzdłuż i wszerz.Spotkał wielu agentów; jedni znudzeni jak on inni zapracowani w najlepsze. Znał ich wszystkich. Z wieloma wymienił kilka zdań. Dowiedział się drobnostek o sprawach jakich prowadzili,lub na które czekają- co dotyczyło tych którzy roboty w tej chwili mieli tyle co on. Z owiele większą częścią agentów,żył w zgodzie i szacunku. Tylko nie których nie lubił,a inni byli mu zupełnie neutralni.
Zszedł szybko po czarnych ,zawiłych schodach mijając innych ludzi z branży.

Po kilku chwilach znalazł się w ogromnej hali wcześniej widzianej z góry. Z wewnątrz wyglądała jako owiele większa i jaśniejsza,niż z wysokości.
Tłok był niezwykły. Echo rozchodziło się po ogromnym miejscu. Śmiechy,szepty,wszelkie hałasy było słychać z podwójną siłom. Owe miejsca miało służyć do odpoczynku; wszelkie sofy i krzesła zajęli agenci F.B.I -jedni przyszli tu z nudów,inni w jakiejś konkretnej sprawie.
Pomieszczenie,było dobrze oświetlone,miało też dostęp do nowoczesnej technologii którą było widać na każdym kroku.
Podłoga lśniła białością i czystością,światło odbijało się od niej jak od lśniącej tafli wody.
Czarne krzesła w design'owym stylu zapewnić miały pracownikom najwyższy konfort i wygodę pracy. W rogu hali stały szare stoły mające się za miejsce zjedzenia posiłków. Tam dostrzegł swojego wspólnika,który wymieniał zdania z wojskowymi zabawnie się przy tym śmiejąc.
Wszyscy zgromadzeni wyglądali jak nastolatkowie; roznosili plotki, gadali w najlepsze z pewną grupką osób, wygłupiali się. Nie do wiary,że osoby jak najbardziej poważne i z tak ważnymi stanowiskami byliby brani za robienie czegoś tak przyziemnego jak wspomniane rzeczy. Zawsze brano komandosów za surowych,bezwzględnych żołnierzy,a oni widocznie byli temu zaprzeczeniem.
Mężczyźnie trudno było stwierdzić czy to dobrze czy źle. On sam przyznawał,że rzadko brał się za prowadzenie rozmowy o byle czym, za to często można go było spotkać przy papierach i kawie. Należał bardziej do drugiej wymienionej grupy.

Westchnął zażenowany widząc jak jego przyjaciel śmieje się radośnie. On też rzadko widziany był,przy tym zjawisku. Utajniony tak jak on brał swoją pracę bardzo poważnie,lecz ostatnio wszytko stoi na głowie jeżeli chodzi o zorganizowanie i powagę w tym sektorze.
Zastanawiał się chwilę czy dobrze postąpi jak dołączy do ferajny. Rzadko odnajdywał się przy takiego typu pogaduchach. Nie to,że czuł się skołowany towarzystwem innych,skąd, był bardziej przyzwyczajony rozmawiać z agentami na "pan","pani",a nie na "ty","stary". Tylko z niektórymi czuł się dobrze używając drugiej formy.

Postanowił jednak przysiąść się do Utajnionego,bo wrócić na górę sensu nie było.
Wspominany chłopak z bardzo rzadkim blaskiem w oczach,widząc,że jego biurowy współlokator zbliża się w jego strone,podsunął mu krzesło przy jego boku i boku innych agentów radośnie wołając:
-E! Chodź tu!
Komandos zauważył,że wojskowy wpadł w wyśmienity humor,którego on niestety nie miał.
Utajniony pożegnał agentów z którymi miał doczynienia przez kilka minut,bo dostali jakieś nagłe zlecenie i musieli opuść jego towarzystwo.
Skipper potrzedł do blatu nadal trzymając czarny kubek w dłoni. Bez wyrazu usiadł obok uradownego faceta.Nie miał pojęcia dlaczego tak się ekcytował.
-Jednak przyszedłeś. Coś cie z góry spłoszyło?- zapytał agent z rozbawieniem.
-Ja i płoszenie się? A przestań.-zaprzeczył bawiąc się kubkiem.
Utajniony posłał mu spojrzenie- "Ach, czyżby?".
-Doris? -zadał krótkie pytanie wiedząc,że to on tym razem trafił w sedno.
Chłopak przestał się bawić kubkiem i spojrzał na niego z dziwnym wyrazem grymasu przyklejonym na twarzy.
-Uważaj na nią. Jej brat podobno miał naprawdę niezłe zatargi z policjantami. Całe posterunki o tym gadają.Aż dziwne,że ona poszła w kompletnie inną stronę...-ostrzegł chcąc znaleść zdziwienie na twarzy kompana.
Skipper podniósł się z wolna z krzesła.Milcząc podszedł do maszyny do kawy i włączył psyrtryczek,który zaraz zaczął palić się na krwisty kolor informując,że kawa w mig będzie gotowa.
Agent siedzący na krześle przyglądał się poczynaniom żołnierza. Czekał niecierpliwie na odpowiedź,która zwlekała z minuty na minutę.
-Wiedziałem.-uciął krótko swoim zwyczajem i znów rozkoszował się smakiem napoju.
Nadzieja na zaskoczenie chłopak prysła wraz z dobrym humorem Utajnionego. Znów poczuł się nieswojo. Opadł trochę na krzesło, nie wiedząc jak dalej toczyć rozmowę.
Przejrzał się twarzy Skipper'a,ale wzrok zatrzymał na czarnym kubku,z którym go zawsze i wszędzie widział.
-Ile ty tego na dzień pijesz?-zadał to pytanie z tajemną iskierką nadzieji,że uda mu się nawiązać jeszcze jakiś kontakt.
-Dużo.- zgasił go,komplikując kompletnie jego plany.
- Ty wiesz,że to niezdrowo tyle wchłanianiać.-odparł nie zważając na to,że chłopak nie ma ochoty na rozmowy.
-Tak samo jak to,że cały czas mi to wypominasz.- uporczywie budował mury między nim,a Utajnionym chcąc mieć chwilę spokoju. Lubił towarzystwo jegomościa,ale nie lubił gdy ktoś przeszkadzał mu w piciu kawy. Brzmi jak dziwna rzecz,o którą nie można się złościć,ale on szczycił się dziwnymi dla innych zachowaniami. Nie znał przyczyny jego chłodnej postawy. Czy to przez ciągły stres,czy znudenie...to nie miało znaczenia,on sam tłumaczył sobie to zdaniem:-"Taki jestem i tyle."

Tym zdaniem,zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na rozmowę. Utajniony już nie nalegał,nie chciał zaczynać konwersacji. Zrobił taką samą chłodną,obojętną i niedostępną minę co jego towarzysz i zamilkł na dłuższą chwilę. Czuł się źle,że chłopak nie chcę z nim gadać.

Dokumenty "X"... tylko to było w głowie mężczyzny z pomarańczowym krawatem i kubkiem w dłoni. Myślał o tym cały pobyt w pracy. Zadawał sobie wiele pytań,ale jedno głównie trzymało się jego umysłu:
Zagadkowy akt 47; Prawdziwe zdarzenia czy podpucha rządu?

Obiecał sobie,że choćby nie wie co- znajdzie rozwiązanie na wszystkie zamieszczone tam sprawy.


Z agencji wracał w nie mniej mizernym humorze niż w owym budynku. Kończył pracę o dwudziestej godzinie toteż słońce zachowało się bardzo naturalnie jak na wiosenne dni- spoczywało nad budynkami Nowego Yorku,czekając na odpowiedni czas by zniknąć za ich konturami.
Poprawił ramiączko czarnej jak jego włosy torby.Westchnął cicho. Pomimo,że przyjął dużą ilość kofeiny czuł się znużony i senny.Jedyne czego teraz pragnął to położenie się na łóżku i wyspania w najlepsze. Tęsknił za towarzystwem osób z którymi,miał zwyczaj przekraczać mury pracy.Zawsze ich drogi się rozdzielały:każdy mieszkał w innym miejscu,ale często się spotykali,czy to przez sprawy służbowe,czy prywatne.

Poprawił czarną czapkę nałożoną na głowie w razie wiosennego chłodu. Rękawiczki też miał,ale nie czuł potrzeby ich zakładania.Nie było zimno,tylko wilgotne, jedynie lekkie,wiosenne powietrze unosiło się nad asfaltem.
Układał sobie plan działań tego co zamierza zrobić w domu...
Zauważy przyjeżdżającą taxówkę po którą planownie zamówił. Rzadko korzystał z usług żółtych samochodów. Nie przepadał za takim rodzajem przemieszczania się po mieście. Do domu nie miał wybitnie daleko,lecz teraz czuł się zmęczony i za bardzo znużony by iść na piechotę. A przecież nic w pracy nadzwyczajnego się nie wydarzyło...
Otworzył drzwi owego samochodu i zajął przednie miejsce nawet nie patrząc na kierowcę.
-Dokąd?-zapytał taksówkarz.
-Na Warren Strett...-odparł ściągając torbę z ramienia.
Samochód ruszył.

Nagle usłyszał wrzask jakieś kobiety. Odrucho odwrócił głowę w stronę nadawcy dźwięku wydobywającego się zza szyby.
-Złodziej! Złodziej!-można było usłyszeć rozpaczliwy krzyk dziewczyny.
Czarna postać przebiegła z szybką prędkością tuż obok jego drzwi.
Chwilę siedział uruchomiony własnymi sprośnymi myślami. Otrząsnął się dopiero wtedy gdy poszkodowana kobieta podbiegła do samochodu i krzyknęła:
-To złodziej! Niech pan coś zrobi!
Szybko odzyskał zimną krew i rozważne myślenie.
-Stój!-krzyknął na zdezoriętowanego taksówkarza.
-Ale...
-Mówię stój!-warknął rozkazującym tonem.
Mężczyzna posłusznie zatrzymał pojazd nadal nie wiedząc co się dzieje.

Komandos wyskoczył z taxówki jak oparzony też nie wiedząc co się dzieje i dlaczego w ogóle zamierzał go łapać.
Popędził za złoczyńcą czując się w obowiązku pomóc cywilom- w końcu był agentem F.B.I.
Pamiętał,że przestępstwa mają to do siebie,że pojawiają się niechciane i w złym momencie.
I cały plan na spędzenie wieczoru w spokoju trafił szlag.

Wszyscy przechodni patrzyli na akcję pogoni. Nie pomagali,tylko patrzyli,zostawiając wszystko w rękach chłopaka,który był nie za bardzo zadowolony z takich obrotów sprawy.
Cały czas miał na oku czarną postać,która przyspieszyła widząc,że ktoś odważył się interweniować.
- Stój! W imieniu prawa!-wydarł się widząc,że osoba nie zamierza odpuszczać. Zwimnym ruchem ręki wyciągnął pistolet,który ukrył na nagłe wypadki.
Szybko i równie zwinnie przeskoczył maskę odjeżdżającej taxówki nie marnując,ani chwili na zbędne manewry wymijania.
Był niemało zdziwiony zwinnością "tego potencjalnego złoczyńcy".
Oddał kilka strzałów w stronę uciekiniera,który nagle zniknął za rogiem. Nie chciał używać przeciw niemu broni,ale wszystko prowadziło do tego,że musiał interweniować w taki,a nie w inny sposób.
Nie miał pojęcia co ta osoba zrobiła,co ukradła,ale im dłużej trwała gonitwa tym większe przekonanie miał,że musiała coś przeskrobać.
Nie widział dokładnej sylwetki,trudno mu było określić płeć. Widział,że ubrana była w czarne rzeczy więc jego intuicją podpowiadała mu:
-"Więc jednak planował,to od dawna."

Mijał przechodniów,skakał przez przeszkody. Nie mógł go dogonić choćby nie wiem jak bardzo chciał. Widocznie złodziej był już w tym wprawiony.
W głowie miał wiele myśli.
Co on ukradł? Jaki miał plan?
Wszystkiego się dowie gdy go w końcu dorwie!

-Stój do cholery!-wydarł się znowu swoim głośnym,donośnym głosem nie znoszącym sprzeciwu. Strzelił jeszcze kilka razy,ale nawet jego dokonała celność nie była wstanie zrobić krzywdy przestępcy. Uciekinier wdrapał się na siadke oddzielającą chodnik i osiedle.Szybko przez nią przeskoczył i popędził dalej. Komandos powtórzył ruchy.Chciał go w końcu złapać.
Gonitwa trwała by w najlepsze gdyby nie pewien szczegół.Chłopak doskonale znał Nowy York i chciał to w jakiś sposób wykorzystać. Pomimo tego,że miasto było ogromne to i tak znał je doskonale i żaden szczegół na mapie N.Y.C nie był mu wstanie umknąć. A przynajmniej miał taką nadzieję.
Uśmiechnął się lekko widząc małą,czarną uliczkę wzdłuż pewnej kamienicy na przedmieściach dużego miasta.
Starał się zagonić postać w owe miejsce.

Zauważył,że tuż obok zakrętu kamienicy stała kolejna siadka a tuż za nią pusta przestrzeń,bez samochodów czy budynków. Zanieopokił się trochę. Wiedział,że te miejce będzie kolejnym celem uciekiniera.Na takim terenie o wiele trudniej będzie mu go złapać.

Tak jak przewidział złodziej miał chęć uciekać akurat tam.
Poczekał aż zawiesi nogi na siadce. Pobiegł najszybciej jak potrafił i złapał złoczyńce za kolnierz. Zdezorientowana osoba nie zdążyła zareagować na nagły ruch aganta. Spadła z siadki i boleśnie upadła na bruk. Widziała,że zamiar żołnierza będzie oczywisty; przygwości ją do ziemi i wykręci ręce do tyłu.
Musiała coś zrobić by nie być złapa.
Przestępca zaczął się cofać,a właściwie czolgać w stronę ciemnej uliczki. Chłopak cały czas ręce miał na spuście i z twardym wyrazem celował w stronę zbrodniarza,czekając na dalsze jego ruchy.
- Co zrobiłeś?!- krzyknął mocniej ściskając pistolet.
Postać miała maskę i ciemny kaptur.
Nadal nie był wstanie rozszyfrować jej/jego twarzy.
Zaczęła cofać się jeszcze bardziej szukając jakiegoś ratunku.

Kilkanaście kroków dalej stała kobieta. Niebieskie,lśniące oczy patrzyły na sytuację z pewnego rodzaju przestrachem. W rękach trzymała torby z zakupami na obiad. Nikt nie był wstanie dostrzec smukłej postury która ukryta była w głębokiej czerni cienia. Patrzyła tylko na sytuację nie wiedząc co robić.

-Coś zrobił sk*rwysynie?!- dopytał komandos z pewnego rodzaju furią.
Widać było,że jakby mógł to skończyłby mu do gardła od razu,lecz się powstrzymał.

Przestępca nieruchomiał,lecz po chwili wyskoczył z piorunującą prędkością rzucając się w cień uliczek. Komandos nie był wstanie zareagować na tak nagły, gwałtowny ruch.
Złodziej chyba znalazł rozwiązanie na tak niekorzniekorzystny dla niego tok wydarzeń.
Rzucił się w stronę przerażonej kobiety z nożem. Przyłożył rękę z czarną rękawiczką do buzi dziewczyny,która stała sparaliżowana własnym strachem.
Teraz widać było jej niebieskie oczy które odbijały światło z głębin miasta.
Spoglądały na żołnierza z penym rodzajem zufania. Tak jakby liczyła na to,że on jest jej jednym zbawieniem.
-Jeżeli strzelisz- ja też zrobię ruch. Na niej.- usłyszał zmodyfikowany komputerowo głos.
Nie wyglądał na wzruszonego tą groźbą,lecz wewnątrz siebie czuł wiele sprośnych emocji.
Starał się to kontrolować. Nie chciał poświęcać bezbronnego cywila dla dobra sprawy,lecz widać było,że złoczyńca był niezwykle niebezpieczny i miał najwyraźniej coś do ukrycia.
-Zostaw ją do cholery!-wydarł się widząc jeszcze większy lęk w oczach kobiety. Zamarszczył brwi ze złością nadal z lufą przy oku.
Nadawca groźby zaczął się powoli cofać i chować w cieniu.

Miłośnik kawy mocno wzrygnął się widząc,że kobieta z łzami w oczach zostaje pochłonięty przez czeluści mroku wraz z złoczyńcą trzymający ją i uniemożliwiając ucieczkę.
Nie znał jej,fakt,lecz widząc ból bijący od jej jasnych,niebieskich,sporych oczu poczuł niepokój miotający jego całym ciałem.
Nie mógł strzelić. Zabił by ją. Złodziej posłużył by się tą bezbronną istotą jak tarczą,albo prędzej zginęła by z jego własnych rąk.
Czuł się jakby stał obok dwóch dróg. Droga " Strzelić" i droga "Nie strzelić". A wybór był ciężki,bo wiedział,że każda z dróg kończy się śmiercią cywila. Cywila który nic nie był światu winien.

Ręce drżały,ale twarz nadal była niewzruszona.
Przeraził się gdy obie postacie zniknęły w mroku i nic nie mógł już dostrzec.
Cisza. Bardzo niepokojąca cisza.
Czuł się bardzo zaniepokojony. Nic dostrzec nie mógł,a wchodzenie tam - nawet z bronią-brał za szczyt głupoty.
Czuł się nadwyraz dziwnie. To nie był strach. Była to bardziej mieszanka głębokiego niepokoju,zmiesznia i rosnącego napięcia.
Stał tak dłuższą chwilę czekając na ruchy kryminalisty.
Cisza.
Serce zaczęło walić mu niesamowicie. Czuł taki kop adrenaliny który nawet tona kawy by mu niezagwarantowała.
Cisza. Ta cisza mroziła mu krew w żyłach.
Nie pomagał mu fakt, że widoczność w owej chwili była znikoma,a on nie mógł zrobić,żadnego zbawiennego kroku.
Niepokoiło go też,że kryminalista w każdej chwili może mu skoczyć do gardła z ogromnym nożem w sadystowskich rękach.

Co takiego ukradł,że był wstanie posunąć się aż tak daleko?

Niemalże czuł wzrok złoczyńcy na sobie,pomimo że oczu nie widział.
Jeszcze chwila tej przeraźliwej ciszy i uczucia bycia obserwowanym i mężczyzna był pewien,że oszleje.
Już miał strzelać pod ogromną presją nie zważając na nic,lecz ...

Zauważył, że oświetlona część ulicy nabrała innego odcienia. Odcienia który bardzo mu się nie podobał.
Zaczął pożerać kolejne centymetry jezdni.
Czerwony. To była krew. W świetle lamp wyglądała jak czerwona kałuża z lśniącą,krwistą taflą.

Teraz to nie był niepokój. To było przerażenie. Przerażenie ogarnijące każdy jego mięsień. Pistolet drżał. Zbladł,a że karnację miał bardzo jasną to wyglądało to jakby zobaczył najbardziej przerażającą rzecz na świecie. Źrenice były małe. Bardzo małe. Twardy i dowódczy charakter dawno ustąpił tępamu przerażeniu.
Zmysły powoli mu świrowały ,czuł się nie do opisania. Nie wiedział czy to dlatego,że doprowadził do śmierci w tak okrutny sposób czy to dlatego,że może być następny. Teraz to nie miało ogromnego znaczenia,bo i tak tkwił w kropce. Kałuża krwi powiększała się,aż zatrzymała się u jego ciemnych butów. Lecz nic nie słyszał. Cisza.

-I tak za dużo widziała. Ale pamiętaj to nie koniec. Kiedyś nadejdzie dzień,że ja będę gonić ciebie,kimkolwiek jesteś.-usłyszał przenikliwy,przerażający głos zmodyfikowany komputerowo.

Stał. Nie mógł się ruszyć. Patrzył w głąb czerni. Nie mógł. Nie mógł nic zrobić. Nawet tak odważna osoba jak on nie była wstanie wejść w ciemność w której leżało poćwiartowane ciało kobiety.
Pistolet wylądował w kaluży krwi brudząc wszystko dookoła.
To było dla niego za wiele. O wiele za wiele.

Ostatnie wypowiedziane słowa mordercy będą męczyć go w najgorszych koszarach. Nie wiedział co się dzieje. Stał tak sparaliżowany bardzo długo. Nie był wstanie nic zrobić. Psychika uległa ogromnej zmianie. Bo jaki normalny człowiek zareagował by inaczej widąc tak przerażające rzeczy?

Te wydarzenia dały mu dużo rzeczy do myślenia.Ten świat jest okrutny. Nie ma wyjątkowów. Nawet jak byłeś dobrym człowiekiem znajdzie się ktoś inny kto zmieni twoje życie w piekło. Nawet jak idziesz ulicą z sklepu do domu z jutrzejszym obiadem. A w domu czeka dziecko- niczego zresztą nie świadome- to i jego życie obróci się do góry nogami. A co takie małe bezbronne stworzenie zawiniło?


* Yhgym,yghym*
Spokojnie oświadczyć mogę
- rysować nadal nie umiem
[A przynajmniej ja tak uważam]


~***~

Ok to jeszcze tak na koniec takie małe info: muszę sę zrobić przerwę w pisaniu [¡ NIE ZAWIESZAM!¡SPOKOJNIE !]. Mam problemy techniczne i potrzebuje trochę czasu na naprawy. Nie zrozumcie mnie źle,ale muszę się ztym uporać.
(Nie no ten One Shot wyszedł mi tak bardzo SkipperXUtajniony ale walić to I ship it!) (( i SkipperXDoris. Zabijecie mnie. Ja chyba siebie też,ale tak, jak mówiłam walić wszystko I ship it! [?]))
Ale teraz idę umierać z pisaniem tego! [2:06 Am duses! ;-;]